[FanFick] Saiyan Power Forces
Moderator: Moderatorzy
W poprzednim odcinku:
Kris prawie umarł od ran zadanych przez martwego już tyrana, jednak został ocalony przez fasolke, którą dał Bartowi Broly Darkness. Jaki jest jego cel? Nie wiadomo, ale chce się odwdzięczyć podobno Daegurthowi. Tak więc nasi wojownicy ruszyli na Ziemie, cel ich podróży...
Rozdział XVI - Ludzka głupota, nieludzka śmierć...
Planete i jej księżyc widzieli już z daleka. Była ona faktycznie piękna, tak jak opisywał ją Daegurth w swoim pamiętniku. Bart oczywiście przez wszystkie dni podróży na Ziemie czytał go i wiele się nauczył!
Kris okazał się świetnym nauczycielem. Nauczył wszystkich Bokujutsu, jednak sam nie opanował jej mistrzowsko, więc jego towarzysze musieli się zadowolić możliwością kilkosekundowego zawieszenia w powietrzu. Może nie jest to zbyt skuteczne w walce, ale
niekiedy może ocalić życie.
W drodze oczywiście zdażało się, że trenowali wszyscy pasażerowie razem, jednak nie
było to zbyt częste. Każdy miał swój styl, sposób walki i poglądania na świat. To
wpływało na umiejętności bitewne.
Tak więc, nasi bohaterowie zaczęli zbliżać się do Ziemi. Bobercik wpisał podane współrzędne komunikacyjne, "12 80 65 40", i zaczął rozmowe z Hebrinem. Od razu, gdy Hebrin dowiedział się, że Kris ma lądować na Ziemi obudził połowe miasta i kazał się przygotować na lądowanie statku Bobercika. Był wczesny ranek, a lądujący statek zasłaniając słońce wyglądał jak... UFo, niezidentywikowany obiekt latający XD
Bobercik wylądował i na Ziemi czekał już na Krisa i jego kolegów komitet powitalny.
Zostali naprade dobrze ugoszczeni, przydzielono im pokoje i karmiono.
A wszystko to działo się na przepięknej, błękitnej planecie zamieszkanej przez podobne Saiyanom istaty. Tylko Rayman wyróżniał się, bo był całkowicie inny, dlatego wzbudzał wielkie zainteresowanie i częściowo nieufność.
Przyjaciel Krisa został zapytany, czy nie wie gdzie jest Daegurth.
- Nie wiesz przypadkiem, gdzie przebywa młodzieniec o imieniu Daegurth? - zapytał Kris
- Niestety nie znam wszystkich osób na tej planecie, wiesz nie jestem prezydentem, ani nikim innym, by wprowadzić poszukiwania. - powiedział Hebrid - Ale pomoge Wam jak tylko moge, wyśle pare ludzi by pogrzebało w internecie na jego temat. Dopóki jesteście na tej planecie będe dawał Wam nocleg i jedzenie.
Kris cieszył się, że ma takiego znajomego. Bardzo Im pomaga. Zaopiekował się też statkiem Bobercika.
Hebrid był osobą, której można było zaufać, dlatego zdobył sobie wielu przyjaciół, którzy nawet wykonują dobrowolnie jego polecenia. Tak właśnie nasi bohaterowie zostali przyjęci na Ziemi, w innym wypadku mogłoby być znacznie gorzej.
Bart chciał ruszyć na poszukiwania, jednak nie mogli wszyscy pójść z nim. Tak więc Bobercik z siostrą majstrował przy statku, Rayman został z Krisem przy Hebridzie, a Bart z Dyniniem poszli pozwiedzać.
Planeta była naprawde piękna, idąc zobaczyli strumień, w którym płynęła krystalicznie czysta woda. Widać było nawet pływające w nim rybki! Do tego niedaleko przekształcał się w piękny wodospad. Czyste powietrze, rośliny, wszystko razem tworzyło piękno tego świata.
Dyninio poszedł daleko, wzdłuż rzeki, zaś Bart, mimo wcześniejszych uprzedzeń, poszedł do lasu, gdzie podobno są dzikie zwierzęta.
Idąc lasem, łamiąc gałęzie, nie spotkał żadnego zwierzęcia, za to spotkał małą grupke ludzi tam mieszkających. Wyglądali z daleka na bardzo biednych, wszędzie leżały jakieś śmiecie i stały w klatach zwierzęta na ubój, by zyskać mięso. Bart pomyślał, że jak na każdej planecie, nie ma nic idealnego.
Bart szedł dalej lasem i słyszał odgłosy walk: strzały z broni, płacze, krzyki rozpaczy. Odszedł już naprawde daleko od miasta, w którym wylądowali. Wkrótce nawet widział trupy niedaleko od siebie. Stanął za drzewem i patrzał co się dzieje.
Na wprost Barta były 3 osoby w jakiś dziwnych mundurach, a za drzewami chowały się chyba jeszcze dwie osoby, ale już nie w mundurach. Do tego coś lub ktoś był na jednym z drzew, Bart cieszył się, że to coś nie jest na tym drzewie, za którym się chowa.
Nagle Bart zobaczył jak jakaś bestia spada z drzewa na umundurowanych i zabija ich wszystkich. Tuż po tym Ci, którzy chowali się za drzewami wyskoczyli zza nich i zaczęli strzelać do dwumetrowej, czerwonoskórej bestii. Bestia ta była naprawde potworna, miała szpone i zębiska, z których po zabiciu umundurowanych kapała krew. Bart nie wiedział co się dzieje na tej planecie, w tym lesie. Chciał się dowiedzieć.
Potwórzabił jednego ze strzelających w niego ludzi, został jeszcze jeden. Strzały na niego nie działały, a gdy człowiek wystrzelił granat, to potwór tylko lekko odskoczył i zaryczał. Ryk ten zwabił innych ludzi, umundurowanych i nie... Ale nie tylko, zobaczono też inne potwory.
Teraz sytuacja ludzi była beznadziejna. Było ich ok 20: 7 nie umundurowanych, 11 umundurowanych i dwoje jakiś dzieciaków, które najprawdopodobniej odprowadzane były do miasta. Ze wszystkich stron ludzi nadchodziły potwory, wkrótce ludzie zostali okrążeni. Każdym z nich rządził strach, bał się, że zginie, a dzieci brały bronie po zmarłych i w płaczu strzelały.
Było to straszne, Bart nie mógł już patrzeć, przestało go interesować, czy mogą go zabić, chciał im pomóc.
W międzyczasie Dyninio idąc wzdłuż rzeki zobaczył coś dziwnego, jakiś potwór ciągnął ludzkie zwłoki niedaleko rzeki. Dyninio schował się za kamieniem. Widział więcej. Co jakiś czas ludzie przechodzili niedaleko rzeki i zostali zabijani. Widział też w oddali las, z którego wychodziły potwory. Zarówno las, jak i ta polanka musiały być dobrym terenem dla ich łowów. Ze względu na ich rozmiar i szybkość mogli bezproblemowo walczyć na łące, zaś w lesie mogły szybko skakać i odbijać się od drzew.
Dyninio usłyszał coś za sobą, obrucił się, a tam jedna z bestii. Na początku się przestraszył, ale po chwili spojrzał potworowi w oczy obojętnie i powiedział: "Goń się leszczu!". Potwór cofnął się kilka kroków, jakby naprawde się wystraszył. Po chwili jednak rzucił się na Dyninia. Dyninio sparował atak(uniknął), i wystrzelił jeden pocisk w strone wciąż rozpędzonego, lecącego w powietrzu potwora. Pocisk trafił potwora, który poleciał nieźle do przodu. Bestia ledwo wstała, trzęsły jej się kończyny i z wielu miejsc lała się maź, odpowiadająca ludzkiej krwi.
Nie było to zbyt dobre posunięcie. Zobaczyły to inne potwory i rzuciły się na Dyninia, który zaraz zaczął stamtąd uciekać po powiedzeniu: "OOOooooops!".
Dyninio uciekał do miasta, gdzie jak pamiętał było dużo uzbrojonych osób rzed miastem i jego kumple. Za nim biegło ok. 100 bestii! Troche nie pomyślał, bo tratowały wszystko co stanęło im na drodze. I tutaj przydała się zwinność, szybkość i wytrzymałość wyuczona na planecie Olimpia. Jako sportowiec często biegał, więc teraz bez problemu uciekał tym potworom. powiększył troche odległość między potworami, a sobą. Gdy był już przy samym mieście, wiedział, że wejść do niego byłoby błędem, więc powiedział pierwszemu strażnikowi, że gromada potworów zbliża się do miasta. Strażnik natychmiast pobiegł do środka krzycząc komendy do podwładnych i ostrzegając mieszkańców.
Dyninio zaś wiedział co ma zrobić, by zwabić tu szybko swoich przyjaciół. Zaczął strzelać pociskami w biegnące potwory. Z pościgu odpadały jeden, za drugim. Przez to, że biegły tak szybko otrzymywały większe obrażenia od pędzących na nich kul. Dyninio powoli tracił energie, wiedział, że jeżeli tak dalej pójdzie, to nie tylko potwory zabiją jego, ale i gdyby jego przyjaciele nie zdążyli tu dojść, to zniszą całe miasto!
Dyninio wyciągnął ręce do przodu i zaczął nimi machać bardzo szybko. Słychać było dźwięk ruszających się rąk dosyć wyraźnie. Po chwili wyprostował ręce przed sobą i zakrzyczał: "Burning Attack(A, że lubie Japoński i w Japońskim lepiej brzmi, to zakrzyczał[już tak, jak się czyta po polsku]: "Barningo Atak!")". Z rąk Dynnia wyleciała wielka fala energii, która leciała wprost na zbliżające się potwory. Po chwili wybuchła i zniszczyła kilkanaście potworów. Dyninio był strasznie zmęczony, stał teraz w miejscu i sapał. Słyszał coś, kogoś za sobą. Po chwili zobaczył jak jacyś ludzie wybiegają przed niego i rozstawiają tam sobie stanowiska snajperskie. Wiele osób mijających Dyninia krzyczało: "Brawo!", albo "Dziękujemy za pomoc!". Wszyscy z nich byli umundurowani. Gdy się rozstawili na stanowiskach zaczęli powoli strzelać. Najpierw dokładnie namierzali. Strzelali nabojami przeciwpancernymi-krzyżykowymi z odłamkami w środku. Po wbiciu się w potwory naboje eksplodowały, niszcząc ich wnętrzności i wystrzeliwywały odłamki, które trafiały w pobliskie potwory, ale nic im nie robiły.
To były naprawde potężne strzały, świadczyło to o inteligencji ludzkiej, by stworzyć taką broń. Tylko czemu inteligencja zawsze objawia się w wojnach i przelewach krwi?
Jednak potwory też musiały myśleć, zaczęły biegnąc skakać na boki. Ciężej było w nie wycelować.
Potwory były już zaledwie kilka metrów przed ludźmi, Dyninio chciał wystrzelić pocisk ki - nie mógł nawet podnieść rąk. Stracił zbyt wiele energii. Więc teraz się wszystko skończy - pomyślał - Najpierw potwory zabiją Ich, potem Mnie...
Tuż po tym jak Dynino o tym pomyślał zobaczyłtrzy znane mu sylwetki, po chwili i czwartą. Byli to jego przyjaciele: Bobercik, Kris, Rayman i Roksia.
Zaczęli strzelać kulami ki w potwory. Strzały Roksi jednak nic nie robiły, Bobercik kazał jej przestać, by nie marnowała energii, a Roksia, choć oburzona, to przestała.
Ręce Raymana stały się stalowe i zaczął strzelać średnimi kulami, które naprawde zmiatały potwory jak pachołki. Bobercik zaś spojrzał na Krisa, który kiwnął do niego głową. Stanęli obok siebie, ułyżyli ręce blisko siebie, za plecami i powiedzieli powoli: "Kamehame". Między ich rękoma pojawiły się kule, które świeciły bardzo jasno. Teras stali tak ładując ataki przez ułamek sekundy i wraz z ich krzykem "HA!!!!!" Wystawili ręce do przodu i dwie fale energii wyleciały do przodu. Widząc to Dyninio zakrzyczał do ludzi w pierwszym szeregu: "Uciekajcie stamtąd!". Wiedział, że wybuch tych dwuch fal ich zabije. Zginęliby, gdyby nie szybki refleks Roksi i Raymana. Roksia zaczęła zabierać stamtąd ludzi jak już do siebie kiwnęli Bobercik i Kris, zaś Rayman się przyłączył. Po chwili nie było tam już nikogo, prócz potworów i dwóch fal, które właśnie się połączyły w jedną i wybuchły na potworach.
Eksplozja była naprawde gigantyczna. Widział ją nawet przyjaciek Krisa, któremu nie pozwolono podejść bliżej bojąc się o jego życie. Wszystkie potwory nie tylko zostały zabite, ale i ich flaki zostały rozniesione w pierwszym rzędzie, tak więc Dyninio, Bobercik, Roksia, Rayman, Kris i ludzie, którzy tam strzelali zostali nieźle oblani krwią tych bestii. Pierwsze co zrobili po tym to umyli się. Nie mieli nawet siły by myśleć o czymś innym. Po umyciu się Kris i towarzysze zapytali co to za potwory...
- Co to były za bestie!?! - zapytali Dyninio i Kris jednocześnie
- szkoda mówić... W jednym z miast prowadzone były eksperymenty genetyczne na zwierzętach, a nawet na ludziach - powiedział Hebrid - Teraz to miasto leży w gruzach i jest pełne zaschniętej dwa lata temu krwi.
- Eksperymenty genetyczne? - zapytał Bobercik
- Tak, naukowcy próbowali połączyć ludzi i zwierzęta ze sobą. Ich eksperymenty się udawały, ale w końcu wyszły spod ich kontroli. Banda potworów uciekła z laboratorium. Sa to myślące istoty, które żywią się najchętniej krwią i mięsem, nie koniecznie ludzkim, ale to zazwyczaj mają pod ręką - powiedział Hebrid
Dyninio po chwili uderzył się w głowe i zakrzyczał głośno: "Chelera jasna!". Wszyscy głowili się o co chodzi. Dynino w końcu wykrztusił to z siebie.
- Zapomniełem, że Bart poszedł do lasu! - powiedział Dyninio - A to właśnie z lasu wybiegła większość potworów!
Wszyscy byli teraz nieźle przerażeni. Wiedzieli, że coś mogło się stać, że Bart może tam nawet nie żyć! Chcieli jednak tam się dostać jak najszybciej i zrobić co się da. Nie mogli jednak zbyt szybko się poruszać, bo byli zmęczeni po stracie takiej wielkiej ilości ki. Dostali jednak pojazd od Hebrida, za co bardzo podziękowali. Teraz jechali z kierowcą w strone lasu...
[W międzyczasie w lesie]
Bart wyskoczył zza drzewa i stanął pośrodu ludzi, którzy krzyczeli z przerażenia. Widział na około siebie 25, nie więcej, ok 36 potworów. Była to dosyć duża ilość. Wciąż nie znał ich słabości i nie wiedział, czy warto w nie strzelać kulami ki. Nie miał jednak na to czasu i zaczął strzelać w strone potworów.
Gdy zobaczyli go ludzie, to odzyskali nadzieje. Potwory pod naciskiem jego strzał nie zbliżały się, jednak to wciąż było za mało, a potworów przybywało(tak mi się to zrymowało XD), jednak ludzie też zaczęli strzelać i rzucać granaty. Potwory powoli się cofały i niektóre ginęły od kul Barta, który jednak zbyt wolno strzelał.
Na chwile przestał strzelać, nikt nie wiedział co się dzieje i ludzie spoojrzeli w rozpaczy na Barta myśląc, że został zabity, jednak tak się nie stało. Jego ręce pokrywała energia, bardzo dużo energii, po chwili zaczął strzelać we wszystkie strony z ogromną prędkością i dosyć dużą siłą. Teraz często widać było ginące potwory. Beste przestały też się zbliżać, nacisk strzał Barta był zbyt potężny. Ludzie myśleli, że Bart zabije wszystkie potwory, a on powiedział głośno: "No dalej...! Ja za chwile strace całą energie!". Ludzie posłuchali Barta, jakby był ich przywódcą. Pierwszy raz Bart czuł, że może wydać rozkaz i zostanie on od razu wykonany. Nie szczycił się tym jednak, bo wiedział, że to mogą być jego ostatnie chwile.
Niedługo później Bart przestał strzelać kulami i padł na jedno kolano. Był strasznie wykończony, szybkim ostrzałem kul ki znisczył kilkadziesiąt potwrów a ich liczba wciąż rosła. Ile ich może być - pomyślał - I dlaczego tu są!?!. Bart widział jak jeden z potworów rzuca się w sam środek ludzi, chciał spaść niedaleko niego, jednak Bart mu w tym przeszkodził. Kazał wystrzelić jeden granat w góre, natychmiast jego rozkaz został wysłuchany. granat trafił potwora, który odleciał równie szybko, jak przyleciał.
Bart sapał, cięzko mu było złapać powietrze i się poruszać. Był naprawde wykończony. Pomyślał "A co Mi tam! Skończe z tymi potworami raz na zawsze!". Przypomniał sobie co jego brat pisał w swoim dzienniku, przypomniał sobie stamtąd jedną technike. Było tam mało technik, ale to nie dziwne, wkońcu kto by wszystkie techniki zapisywał...?
Bart z trudem stanął na nogach prosto, wyciągnął prawą ręke do przodu i kazał się odsunąć ludziom. Drugą ręke wystawił w drugą strone, skąd też kazał się odsunąć ludziom. Na obu rękach zaczęła ukazywać się energia, Bart zamnął oczy, bo było mu się wtedy łatwiej skupić. Przyśpieszyło to znacznie przepływ energii. Po chwili Bart otworzył oczy i zakrzyczał: "Double Big Bang attack!". Z obu jego rąk wyleciały kule ki. Obie kule poruszały się strasznie szybko, szybciej niż wypuszczane przez niego jak dotychczas. Wybuchły obie daleko ZA potworami, a ich wybuch był tak ogromny, że pochłonął prawie wszystkie potwory. Ostatnie co Bart zrobił, zanim upadł na ziemie z wykończenia, to uśmiechnął się i pomyślał: "I co powiesz na to... Braciszku?".
Zostało jeszcze tylko kilka bestii. Ludzie teraz nie bali się już, strzelali granatami ile się dało. Kończyła się im amunicja, ale wiedzieli, że teraz wystarczy. Zostały 4 potwory, krótce były trzy, dwa, potem został ostatni. Ostatni właśnie przebił się przez ludzi(lekko ich raniąc) i dostał się do Barta, który zabił ich większość, jakby wiedział o tym. Bart uchylił lekko oczy i zobaczył jak morda potwora otwiera się, jednak właśnie w nią wpadł granat i potwór wybuchł. Był jednak bardzo blisko Barta, więc i On odleciał od wybuchu. Był teraz nie tylko wykończony, ale i krwawił.
Ludzie, którym pomógł opatrzyli go jak mogli. Wkońcu nie zginął ani jeden z nich, po tym jak Bart dołączył. Byli mu bardzo wdzięczni, jednak nawet nie mogli mu zapewnić dobrej opieki. Wkrótce usłyszeli coś niedaleko i stanęli gotowi do strzału. Wiedzieli, że mają resztkę amunicji, ale starali się bronić rannego teraz Barta, który ocalił im wszystkim życie, nawet ich nie znając. Zza drzew wyłoniło się sześć osób. Gdy zobaczyli, że to ludzie(przynajmniej tak myśleli), to opuścili bronie. Jednak, gdy zobaczyli tam Raymana, to podnieśli broń znowu. Wyleciał nawet jeden strzał u nie wprawionego strzelca, który jednak Bobercik bezproblemowo złapał przed głową Raymana. Taki strzał mógłby nawet zabić, a Bobercik miał tylko lekkie zadrapanie na dłoni.
Wkrótce cała sprawa się wyjaśniła. Umundurowani tutaj zostali zesłani, by zabrać stąd ludzi jak najwięcej ludzi, a ludzie bronili się przed potworami jak mogli. Tak więc, wraz z Bohaterami ludzie zabrali się do miasta. Bart był nieźle wykończony, był teraz noszony na noszach do miasta. Najprawdopodobniej o czymś śnił, ale o czym?
Kris prawie umarł od ran zadanych przez martwego już tyrana, jednak został ocalony przez fasolke, którą dał Bartowi Broly Darkness. Jaki jest jego cel? Nie wiadomo, ale chce się odwdzięczyć podobno Daegurthowi. Tak więc nasi wojownicy ruszyli na Ziemie, cel ich podróży...
Rozdział XVI - Ludzka głupota, nieludzka śmierć...
Planete i jej księżyc widzieli już z daleka. Była ona faktycznie piękna, tak jak opisywał ją Daegurth w swoim pamiętniku. Bart oczywiście przez wszystkie dni podróży na Ziemie czytał go i wiele się nauczył!
Kris okazał się świetnym nauczycielem. Nauczył wszystkich Bokujutsu, jednak sam nie opanował jej mistrzowsko, więc jego towarzysze musieli się zadowolić możliwością kilkosekundowego zawieszenia w powietrzu. Może nie jest to zbyt skuteczne w walce, ale
niekiedy może ocalić życie.
W drodze oczywiście zdażało się, że trenowali wszyscy pasażerowie razem, jednak nie
było to zbyt częste. Każdy miał swój styl, sposób walki i poglądania na świat. To
wpływało na umiejętności bitewne.
Tak więc, nasi bohaterowie zaczęli zbliżać się do Ziemi. Bobercik wpisał podane współrzędne komunikacyjne, "12 80 65 40", i zaczął rozmowe z Hebrinem. Od razu, gdy Hebrin dowiedział się, że Kris ma lądować na Ziemi obudził połowe miasta i kazał się przygotować na lądowanie statku Bobercika. Był wczesny ranek, a lądujący statek zasłaniając słońce wyglądał jak... UFo, niezidentywikowany obiekt latający XD
Bobercik wylądował i na Ziemi czekał już na Krisa i jego kolegów komitet powitalny.
Zostali naprade dobrze ugoszczeni, przydzielono im pokoje i karmiono.
A wszystko to działo się na przepięknej, błękitnej planecie zamieszkanej przez podobne Saiyanom istaty. Tylko Rayman wyróżniał się, bo był całkowicie inny, dlatego wzbudzał wielkie zainteresowanie i częściowo nieufność.
Przyjaciel Krisa został zapytany, czy nie wie gdzie jest Daegurth.
- Nie wiesz przypadkiem, gdzie przebywa młodzieniec o imieniu Daegurth? - zapytał Kris
- Niestety nie znam wszystkich osób na tej planecie, wiesz nie jestem prezydentem, ani nikim innym, by wprowadzić poszukiwania. - powiedział Hebrid - Ale pomoge Wam jak tylko moge, wyśle pare ludzi by pogrzebało w internecie na jego temat. Dopóki jesteście na tej planecie będe dawał Wam nocleg i jedzenie.
Kris cieszył się, że ma takiego znajomego. Bardzo Im pomaga. Zaopiekował się też statkiem Bobercika.
Hebrid był osobą, której można było zaufać, dlatego zdobył sobie wielu przyjaciół, którzy nawet wykonują dobrowolnie jego polecenia. Tak właśnie nasi bohaterowie zostali przyjęci na Ziemi, w innym wypadku mogłoby być znacznie gorzej.
Bart chciał ruszyć na poszukiwania, jednak nie mogli wszyscy pójść z nim. Tak więc Bobercik z siostrą majstrował przy statku, Rayman został z Krisem przy Hebridzie, a Bart z Dyniniem poszli pozwiedzać.
Planeta była naprawde piękna, idąc zobaczyli strumień, w którym płynęła krystalicznie czysta woda. Widać było nawet pływające w nim rybki! Do tego niedaleko przekształcał się w piękny wodospad. Czyste powietrze, rośliny, wszystko razem tworzyło piękno tego świata.
Dyninio poszedł daleko, wzdłuż rzeki, zaś Bart, mimo wcześniejszych uprzedzeń, poszedł do lasu, gdzie podobno są dzikie zwierzęta.
Idąc lasem, łamiąc gałęzie, nie spotkał żadnego zwierzęcia, za to spotkał małą grupke ludzi tam mieszkających. Wyglądali z daleka na bardzo biednych, wszędzie leżały jakieś śmiecie i stały w klatach zwierzęta na ubój, by zyskać mięso. Bart pomyślał, że jak na każdej planecie, nie ma nic idealnego.
Bart szedł dalej lasem i słyszał odgłosy walk: strzały z broni, płacze, krzyki rozpaczy. Odszedł już naprawde daleko od miasta, w którym wylądowali. Wkrótce nawet widział trupy niedaleko od siebie. Stanął za drzewem i patrzał co się dzieje.
Na wprost Barta były 3 osoby w jakiś dziwnych mundurach, a za drzewami chowały się chyba jeszcze dwie osoby, ale już nie w mundurach. Do tego coś lub ktoś był na jednym z drzew, Bart cieszył się, że to coś nie jest na tym drzewie, za którym się chowa.
Nagle Bart zobaczył jak jakaś bestia spada z drzewa na umundurowanych i zabija ich wszystkich. Tuż po tym Ci, którzy chowali się za drzewami wyskoczyli zza nich i zaczęli strzelać do dwumetrowej, czerwonoskórej bestii. Bestia ta była naprawde potworna, miała szpone i zębiska, z których po zabiciu umundurowanych kapała krew. Bart nie wiedział co się dzieje na tej planecie, w tym lesie. Chciał się dowiedzieć.
Potwórzabił jednego ze strzelających w niego ludzi, został jeszcze jeden. Strzały na niego nie działały, a gdy człowiek wystrzelił granat, to potwór tylko lekko odskoczył i zaryczał. Ryk ten zwabił innych ludzi, umundurowanych i nie... Ale nie tylko, zobaczono też inne potwory.
Teraz sytuacja ludzi była beznadziejna. Było ich ok 20: 7 nie umundurowanych, 11 umundurowanych i dwoje jakiś dzieciaków, które najprawdopodobniej odprowadzane były do miasta. Ze wszystkich stron ludzi nadchodziły potwory, wkrótce ludzie zostali okrążeni. Każdym z nich rządził strach, bał się, że zginie, a dzieci brały bronie po zmarłych i w płaczu strzelały.
Było to straszne, Bart nie mógł już patrzeć, przestało go interesować, czy mogą go zabić, chciał im pomóc.
W międzyczasie Dyninio idąc wzdłuż rzeki zobaczył coś dziwnego, jakiś potwór ciągnął ludzkie zwłoki niedaleko rzeki. Dyninio schował się za kamieniem. Widział więcej. Co jakiś czas ludzie przechodzili niedaleko rzeki i zostali zabijani. Widział też w oddali las, z którego wychodziły potwory. Zarówno las, jak i ta polanka musiały być dobrym terenem dla ich łowów. Ze względu na ich rozmiar i szybkość mogli bezproblemowo walczyć na łące, zaś w lesie mogły szybko skakać i odbijać się od drzew.
Dyninio usłyszał coś za sobą, obrucił się, a tam jedna z bestii. Na początku się przestraszył, ale po chwili spojrzał potworowi w oczy obojętnie i powiedział: "Goń się leszczu!". Potwór cofnął się kilka kroków, jakby naprawde się wystraszył. Po chwili jednak rzucił się na Dyninia. Dyninio sparował atak(uniknął), i wystrzelił jeden pocisk w strone wciąż rozpędzonego, lecącego w powietrzu potwora. Pocisk trafił potwora, który poleciał nieźle do przodu. Bestia ledwo wstała, trzęsły jej się kończyny i z wielu miejsc lała się maź, odpowiadająca ludzkiej krwi.
Nie było to zbyt dobre posunięcie. Zobaczyły to inne potwory i rzuciły się na Dyninia, który zaraz zaczął stamtąd uciekać po powiedzeniu: "OOOooooops!".
Dyninio uciekał do miasta, gdzie jak pamiętał było dużo uzbrojonych osób rzed miastem i jego kumple. Za nim biegło ok. 100 bestii! Troche nie pomyślał, bo tratowały wszystko co stanęło im na drodze. I tutaj przydała się zwinność, szybkość i wytrzymałość wyuczona na planecie Olimpia. Jako sportowiec często biegał, więc teraz bez problemu uciekał tym potworom. powiększył troche odległość między potworami, a sobą. Gdy był już przy samym mieście, wiedział, że wejść do niego byłoby błędem, więc powiedział pierwszemu strażnikowi, że gromada potworów zbliża się do miasta. Strażnik natychmiast pobiegł do środka krzycząc komendy do podwładnych i ostrzegając mieszkańców.
Dyninio zaś wiedział co ma zrobić, by zwabić tu szybko swoich przyjaciół. Zaczął strzelać pociskami w biegnące potwory. Z pościgu odpadały jeden, za drugim. Przez to, że biegły tak szybko otrzymywały większe obrażenia od pędzących na nich kul. Dyninio powoli tracił energie, wiedział, że jeżeli tak dalej pójdzie, to nie tylko potwory zabiją jego, ale i gdyby jego przyjaciele nie zdążyli tu dojść, to zniszą całe miasto!
Dyninio wyciągnął ręce do przodu i zaczął nimi machać bardzo szybko. Słychać było dźwięk ruszających się rąk dosyć wyraźnie. Po chwili wyprostował ręce przed sobą i zakrzyczał: "Burning Attack(A, że lubie Japoński i w Japońskim lepiej brzmi, to zakrzyczał[już tak, jak się czyta po polsku]: "Barningo Atak!")". Z rąk Dynnia wyleciała wielka fala energii, która leciała wprost na zbliżające się potwory. Po chwili wybuchła i zniszczyła kilkanaście potworów. Dyninio był strasznie zmęczony, stał teraz w miejscu i sapał. Słyszał coś, kogoś za sobą. Po chwili zobaczył jak jacyś ludzie wybiegają przed niego i rozstawiają tam sobie stanowiska snajperskie. Wiele osób mijających Dyninia krzyczało: "Brawo!", albo "Dziękujemy za pomoc!". Wszyscy z nich byli umundurowani. Gdy się rozstawili na stanowiskach zaczęli powoli strzelać. Najpierw dokładnie namierzali. Strzelali nabojami przeciwpancernymi-krzyżykowymi z odłamkami w środku. Po wbiciu się w potwory naboje eksplodowały, niszcząc ich wnętrzności i wystrzeliwywały odłamki, które trafiały w pobliskie potwory, ale nic im nie robiły.
To były naprawde potężne strzały, świadczyło to o inteligencji ludzkiej, by stworzyć taką broń. Tylko czemu inteligencja zawsze objawia się w wojnach i przelewach krwi?
Jednak potwory też musiały myśleć, zaczęły biegnąc skakać na boki. Ciężej było w nie wycelować.
Potwory były już zaledwie kilka metrów przed ludźmi, Dyninio chciał wystrzelić pocisk ki - nie mógł nawet podnieść rąk. Stracił zbyt wiele energii. Więc teraz się wszystko skończy - pomyślał - Najpierw potwory zabiją Ich, potem Mnie...
Tuż po tym jak Dynino o tym pomyślał zobaczyłtrzy znane mu sylwetki, po chwili i czwartą. Byli to jego przyjaciele: Bobercik, Kris, Rayman i Roksia.
Zaczęli strzelać kulami ki w potwory. Strzały Roksi jednak nic nie robiły, Bobercik kazał jej przestać, by nie marnowała energii, a Roksia, choć oburzona, to przestała.
Ręce Raymana stały się stalowe i zaczął strzelać średnimi kulami, które naprawde zmiatały potwory jak pachołki. Bobercik zaś spojrzał na Krisa, który kiwnął do niego głową. Stanęli obok siebie, ułyżyli ręce blisko siebie, za plecami i powiedzieli powoli: "Kamehame". Między ich rękoma pojawiły się kule, które świeciły bardzo jasno. Teras stali tak ładując ataki przez ułamek sekundy i wraz z ich krzykem "HA!!!!!" Wystawili ręce do przodu i dwie fale energii wyleciały do przodu. Widząc to Dyninio zakrzyczał do ludzi w pierwszym szeregu: "Uciekajcie stamtąd!". Wiedział, że wybuch tych dwuch fal ich zabije. Zginęliby, gdyby nie szybki refleks Roksi i Raymana. Roksia zaczęła zabierać stamtąd ludzi jak już do siebie kiwnęli Bobercik i Kris, zaś Rayman się przyłączył. Po chwili nie było tam już nikogo, prócz potworów i dwóch fal, które właśnie się połączyły w jedną i wybuchły na potworach.
Eksplozja była naprawde gigantyczna. Widział ją nawet przyjaciek Krisa, któremu nie pozwolono podejść bliżej bojąc się o jego życie. Wszystkie potwory nie tylko zostały zabite, ale i ich flaki zostały rozniesione w pierwszym rzędzie, tak więc Dyninio, Bobercik, Roksia, Rayman, Kris i ludzie, którzy tam strzelali zostali nieźle oblani krwią tych bestii. Pierwsze co zrobili po tym to umyli się. Nie mieli nawet siły by myśleć o czymś innym. Po umyciu się Kris i towarzysze zapytali co to za potwory...
- Co to były za bestie!?! - zapytali Dyninio i Kris jednocześnie
- szkoda mówić... W jednym z miast prowadzone były eksperymenty genetyczne na zwierzętach, a nawet na ludziach - powiedział Hebrid - Teraz to miasto leży w gruzach i jest pełne zaschniętej dwa lata temu krwi.
- Eksperymenty genetyczne? - zapytał Bobercik
- Tak, naukowcy próbowali połączyć ludzi i zwierzęta ze sobą. Ich eksperymenty się udawały, ale w końcu wyszły spod ich kontroli. Banda potworów uciekła z laboratorium. Sa to myślące istoty, które żywią się najchętniej krwią i mięsem, nie koniecznie ludzkim, ale to zazwyczaj mają pod ręką - powiedział Hebrid
Dyninio po chwili uderzył się w głowe i zakrzyczał głośno: "Chelera jasna!". Wszyscy głowili się o co chodzi. Dynino w końcu wykrztusił to z siebie.
- Zapomniełem, że Bart poszedł do lasu! - powiedział Dyninio - A to właśnie z lasu wybiegła większość potworów!
Wszyscy byli teraz nieźle przerażeni. Wiedzieli, że coś mogło się stać, że Bart może tam nawet nie żyć! Chcieli jednak tam się dostać jak najszybciej i zrobić co się da. Nie mogli jednak zbyt szybko się poruszać, bo byli zmęczeni po stracie takiej wielkiej ilości ki. Dostali jednak pojazd od Hebrida, za co bardzo podziękowali. Teraz jechali z kierowcą w strone lasu...
[W międzyczasie w lesie]
Bart wyskoczył zza drzewa i stanął pośrodu ludzi, którzy krzyczeli z przerażenia. Widział na około siebie 25, nie więcej, ok 36 potworów. Była to dosyć duża ilość. Wciąż nie znał ich słabości i nie wiedział, czy warto w nie strzelać kulami ki. Nie miał jednak na to czasu i zaczął strzelać w strone potworów.
Gdy zobaczyli go ludzie, to odzyskali nadzieje. Potwory pod naciskiem jego strzał nie zbliżały się, jednak to wciąż było za mało, a potworów przybywało(tak mi się to zrymowało XD), jednak ludzie też zaczęli strzelać i rzucać granaty. Potwory powoli się cofały i niektóre ginęły od kul Barta, który jednak zbyt wolno strzelał.
Na chwile przestał strzelać, nikt nie wiedział co się dzieje i ludzie spoojrzeli w rozpaczy na Barta myśląc, że został zabity, jednak tak się nie stało. Jego ręce pokrywała energia, bardzo dużo energii, po chwili zaczął strzelać we wszystkie strony z ogromną prędkością i dosyć dużą siłą. Teraz często widać było ginące potwory. Beste przestały też się zbliżać, nacisk strzał Barta był zbyt potężny. Ludzie myśleli, że Bart zabije wszystkie potwory, a on powiedział głośno: "No dalej...! Ja za chwile strace całą energie!". Ludzie posłuchali Barta, jakby był ich przywódcą. Pierwszy raz Bart czuł, że może wydać rozkaz i zostanie on od razu wykonany. Nie szczycił się tym jednak, bo wiedział, że to mogą być jego ostatnie chwile.
Niedługo później Bart przestał strzelać kulami i padł na jedno kolano. Był strasznie wykończony, szybkim ostrzałem kul ki znisczył kilkadziesiąt potwrów a ich liczba wciąż rosła. Ile ich może być - pomyślał - I dlaczego tu są!?!. Bart widział jak jeden z potworów rzuca się w sam środek ludzi, chciał spaść niedaleko niego, jednak Bart mu w tym przeszkodził. Kazał wystrzelić jeden granat w góre, natychmiast jego rozkaz został wysłuchany. granat trafił potwora, który odleciał równie szybko, jak przyleciał.
Bart sapał, cięzko mu było złapać powietrze i się poruszać. Był naprawde wykończony. Pomyślał "A co Mi tam! Skończe z tymi potworami raz na zawsze!". Przypomniał sobie co jego brat pisał w swoim dzienniku, przypomniał sobie stamtąd jedną technike. Było tam mało technik, ale to nie dziwne, wkońcu kto by wszystkie techniki zapisywał...?
Bart z trudem stanął na nogach prosto, wyciągnął prawą ręke do przodu i kazał się odsunąć ludziom. Drugą ręke wystawił w drugą strone, skąd też kazał się odsunąć ludziom. Na obu rękach zaczęła ukazywać się energia, Bart zamnął oczy, bo było mu się wtedy łatwiej skupić. Przyśpieszyło to znacznie przepływ energii. Po chwili Bart otworzył oczy i zakrzyczał: "Double Big Bang attack!". Z obu jego rąk wyleciały kule ki. Obie kule poruszały się strasznie szybko, szybciej niż wypuszczane przez niego jak dotychczas. Wybuchły obie daleko ZA potworami, a ich wybuch był tak ogromny, że pochłonął prawie wszystkie potwory. Ostatnie co Bart zrobił, zanim upadł na ziemie z wykończenia, to uśmiechnął się i pomyślał: "I co powiesz na to... Braciszku?".
Zostało jeszcze tylko kilka bestii. Ludzie teraz nie bali się już, strzelali granatami ile się dało. Kończyła się im amunicja, ale wiedzieli, że teraz wystarczy. Zostały 4 potwory, krótce były trzy, dwa, potem został ostatni. Ostatni właśnie przebił się przez ludzi(lekko ich raniąc) i dostał się do Barta, który zabił ich większość, jakby wiedział o tym. Bart uchylił lekko oczy i zobaczył jak morda potwora otwiera się, jednak właśnie w nią wpadł granat i potwór wybuchł. Był jednak bardzo blisko Barta, więc i On odleciał od wybuchu. Był teraz nie tylko wykończony, ale i krwawił.
Ludzie, którym pomógł opatrzyli go jak mogli. Wkońcu nie zginął ani jeden z nich, po tym jak Bart dołączył. Byli mu bardzo wdzięczni, jednak nawet nie mogli mu zapewnić dobrej opieki. Wkrótce usłyszeli coś niedaleko i stanęli gotowi do strzału. Wiedzieli, że mają resztkę amunicji, ale starali się bronić rannego teraz Barta, który ocalił im wszystkim życie, nawet ich nie znając. Zza drzew wyłoniło się sześć osób. Gdy zobaczyli, że to ludzie(przynajmniej tak myśleli), to opuścili bronie. Jednak, gdy zobaczyli tam Raymana, to podnieśli broń znowu. Wyleciał nawet jeden strzał u nie wprawionego strzelca, który jednak Bobercik bezproblemowo złapał przed głową Raymana. Taki strzał mógłby nawet zabić, a Bobercik miał tylko lekkie zadrapanie na dłoni.
Wkrótce cała sprawa się wyjaśniła. Umundurowani tutaj zostali zesłani, by zabrać stąd ludzi jak najwięcej ludzi, a ludzie bronili się przed potworami jak mogli. Tak więc, wraz z Bohaterami ludzie zabrali się do miasta. Bart był nieźle wykończony, był teraz noszony na noszach do miasta. Najprawdopodobniej o czymś śnił, ale o czym?
- GokuSSJ = Dyninio
- SSJ 2
- Posty: 109
- Rejestracja: sob maja 28, 2005 5:28 pm
- Lokalizacja: Olsztynek
- Kontakt:
No wedlug mnie najlepszy odcinek do tej pory
Walki pod dostatkiem
wszyscy padli z sil :]
Zapraszam wszystkich fanow anime[a jest ich tutaj chyba duzo
] Na moje najnowsze forum o tematyce anime
www.ssjanime.fora.pl
www.ssjanime.fora.pl
no i co teraz powiesz braciszku
odcinek świetny, a ten double big bang attack, naprawde super
niespodziewałem sie ża uda mi sie za pierwszym razem 
odcinek świetny, a ten double big bang attack, naprawde super
ćwoki! jak ktoś żyje na tym forum, to niech pisze na mail barts10@gmail.com
-
Szymekk1990
- Wojownik z Kaioukenem
- Posty: 27
- Rejestracja: ndz lip 23, 2006 9:20 am
W poprzednim odcinku:
Ludzie stworzyli bestie w laboratoriach, te jednak wymknęły się spod ludzkiej kontroli i zaczęły zabijać. Bart i jego towarzysze się na nie natknęli i wcale nie było im łatwo, jednak naprawde wiele nauczyli się lecąc na Ziemie i to pomogło im przetrwać! Bart jednak został ranny i jest teraz kompletnie wyczerpany, podczas gdy towarzysze nieśli go do bezpiecznego miasta, On spał i śnił...
Rozdział XVII - Sen...
Bart nie wierzy własnym oczom. Postać z w płaszczu zdejmuje kaptur, a tam dobrze znany mu kolor włosów i prawie nie zmieniona twarz jego brata. Jego czerwono-rude włosy lśnią na tle zachodzącego słońca. Bart wciąż nie wierzył, wyciągnął ręke w strone brata, a jego brat stał nieruchomo, też jakby nie dowierzając. Bart prawie złapał Daegurtha za ramię, ale wszystko okazałos się snem.
Sen był tak realistyczny, że Bart złapał stojącego nad nim Bobercika za ramie. Bobercik nie wiedział co się dzieje.
- Przepraszam... - powiedział Bart - Ja tylko...
- Nie musisz przepraszać, każdy może miewać sny - powiedział Bobercik
Bart po tych słowach spojrzał Bobercikowi głęboko w oczy
- Dziękuje... - powiedział Bart, po czym usnął
Bart leżał w wygodnym apartamenci, w międzyczasie toczyła się rozmowa między resztą towarzyszy i Hebridem.
- Po co wogóle zaczynano takie eksperymenty? - zapytał Dyninio
- Nie wiem, to chyba ludzka głupota - odpowiedział Hebrid
- "Są tylko dwie rzeczy które prowadzą ludzi do katastrofy, są to niedobór wody i nadmiar idiotów"* - zacytował Bobercik znanego Showa
Po tych słowach słychać było głośny śmiech i odpowiedzi: "Szczera prawda", "Racja". W końcu Show się nie mylił, to są chyba dwa największe problemy ludzkości.
W międzyczasie Bart miał koszmar, który skończył się okropnym krzykiem z bólu. Naraz wszyscy jakby wystrzeleni z prosy polecieli do pokoju, w którym przebywał Bart.
- Co się stało!?! - Zapytał Bobercik
- Nic... Nic, to tylko sen... - Powiedział Bart
- Sen? Nie warto ignorować snów - powiedział Hebrid - Ale bezgranicznie im wierzyć też nie wolno, więc uwarzaj!
- O czym śniłeś? - zapytała Roksia
- Więc, to było tak... - zaczął Bart
Bart widzi jakąś postać. Nosi ona płaszcz, który zakrywa całe ciało. Nagle postać w płaszczu zaczęła uciekać, Bart ją oczywiście goni. Bart ją goni, goni, goni.... W końcu wpadł w jakąś ciemną odchłań. Widzi, jak postać w płaszczu coś mówi, nie słyszy, coś jakby zagłuszało. Bart ogląda się na lewo, widzi znaną mu sylwetkę - to Broly Darkness. Teraz On coś krzyczy, przynajmniej to tak wygląda. Nie może się nagle ruszyć, coś jakby chwyta jego nowi. Ptrzy w dół, spod jego nóg wychodzą jakieś sylwetki, wystawia tam obie ręce i krzyczy: "Big Flash Attack!". Ogromny wybuch pokrywa cały teren, postacie które trzymały go za nogi znikły, jednak otwarła się wielka czarna dziura, w którą Bart wpadł. Czuł tam jakby go coś przeszywało po miliony razy, a po chwili zobaczył jak jego brat, Daegurth rzuca się tam i wyciąga Brata, sam jednak nie zdążył wyjść przed zamknięciem dziury. Bart patrzał jak jego brat cierpi, chociaż widział czałyczas uśmiech na jego twarzy. Wkrótce dziura całkowicie się zamknęła, a Bart zakrzyczał, dopiero teraz czując ogrom bólu, którego tam doświadczył...
- Wow, to dosyć ciekawy sen! - powiedział Hebrid - Nikogo nie słyszałeś? Ciekawe...
- Ale cóż, nikt z nas się nie zna na snach... - powiedział Bobercik
- Hmmm, apropo dźwięków, Hebrid, co z Moją gitarą!?! - zapytał Kris - Oddasz Mi ją wreszcie?
- Oczywiście! - powiedział Hebrid
Całe południe Kris grał różne utwory na gitarze. Mimo wszystko, Kris grał dosyć dobrze, kiedyś nawet myślał o założeniu zespołu, ale jakoś się tak ułożyło, że nic z tego nie wyszło.
Bart myślał teraz o czymś innym, nie myślał już o śnie, myślał o tym co zrobił poprzedniego dnia... Ten atak "Double Big Bang Attack", to było coś zupełnie nowego! Nie wiedział, że coś takiego istnieje, faktycznie, czytał w pamiętniku brata o ataku "Big Bang Attack", ale nie miał pojęcia, że uda mu się zrobić z tego nowy atak! Co więcej, przy pierwszej próbie! Ale, czy będzie potrafił powtórzyć taki wyczyn? To było bardzo ważne pytanie...
Wkrótce Bart został zachęcony przez Bobercika do wspólej zabawy i w ten sposób razem grali i śpiewali, wychodziło Im to dosyć dobrze. Tak spędzili kolejny dzień w bardzo miłym towarzystwie.
Następnego dnia Bart czuł się nie swojo, wstał więc i przeszedł się po mieście, by zaczerpnąć świerzego powietrza. Pare razy czuł już pisk w głowie, ale teraz stało się coś wyjątkowego... Czuł go z wielu stron naraz, jakby kilka potężnych istot było w kilku miejscach! Nie wiedział dlaczego tak jest, jednak postanowił to sprawdzić. Zabrał więc wszystko, co mu było potrzebne(odpowiednie ubranie i troche jedzenia) i poszedł w strone, gdzie zmierzały wszystkie te moce...
Ludzie stworzyli bestie w laboratoriach, te jednak wymknęły się spod ludzkiej kontroli i zaczęły zabijać. Bart i jego towarzysze się na nie natknęli i wcale nie było im łatwo, jednak naprawde wiele nauczyli się lecąc na Ziemie i to pomogło im przetrwać! Bart jednak został ranny i jest teraz kompletnie wyczerpany, podczas gdy towarzysze nieśli go do bezpiecznego miasta, On spał i śnił...
Rozdział XVII - Sen...
Bart nie wierzy własnym oczom. Postać z w płaszczu zdejmuje kaptur, a tam dobrze znany mu kolor włosów i prawie nie zmieniona twarz jego brata. Jego czerwono-rude włosy lśnią na tle zachodzącego słońca. Bart wciąż nie wierzył, wyciągnął ręke w strone brata, a jego brat stał nieruchomo, też jakby nie dowierzając. Bart prawie złapał Daegurtha za ramię, ale wszystko okazałos się snem.
Sen był tak realistyczny, że Bart złapał stojącego nad nim Bobercika za ramie. Bobercik nie wiedział co się dzieje.
- Przepraszam... - powiedział Bart - Ja tylko...
- Nie musisz przepraszać, każdy może miewać sny - powiedział Bobercik
Bart po tych słowach spojrzał Bobercikowi głęboko w oczy
- Dziękuje... - powiedział Bart, po czym usnął
Bart leżał w wygodnym apartamenci, w międzyczasie toczyła się rozmowa między resztą towarzyszy i Hebridem.
- Po co wogóle zaczynano takie eksperymenty? - zapytał Dyninio
- Nie wiem, to chyba ludzka głupota - odpowiedział Hebrid
- "Są tylko dwie rzeczy które prowadzą ludzi do katastrofy, są to niedobór wody i nadmiar idiotów"* - zacytował Bobercik znanego Showa
Po tych słowach słychać było głośny śmiech i odpowiedzi: "Szczera prawda", "Racja". W końcu Show się nie mylił, to są chyba dwa największe problemy ludzkości.
W międzyczasie Bart miał koszmar, który skończył się okropnym krzykiem z bólu. Naraz wszyscy jakby wystrzeleni z prosy polecieli do pokoju, w którym przebywał Bart.
- Co się stało!?! - Zapytał Bobercik
- Nic... Nic, to tylko sen... - Powiedział Bart
- Sen? Nie warto ignorować snów - powiedział Hebrid - Ale bezgranicznie im wierzyć też nie wolno, więc uwarzaj!
- O czym śniłeś? - zapytała Roksia
- Więc, to było tak... - zaczął Bart
Bart widzi jakąś postać. Nosi ona płaszcz, który zakrywa całe ciało. Nagle postać w płaszczu zaczęła uciekać, Bart ją oczywiście goni. Bart ją goni, goni, goni.... W końcu wpadł w jakąś ciemną odchłań. Widzi, jak postać w płaszczu coś mówi, nie słyszy, coś jakby zagłuszało. Bart ogląda się na lewo, widzi znaną mu sylwetkę - to Broly Darkness. Teraz On coś krzyczy, przynajmniej to tak wygląda. Nie może się nagle ruszyć, coś jakby chwyta jego nowi. Ptrzy w dół, spod jego nóg wychodzą jakieś sylwetki, wystawia tam obie ręce i krzyczy: "Big Flash Attack!". Ogromny wybuch pokrywa cały teren, postacie które trzymały go za nogi znikły, jednak otwarła się wielka czarna dziura, w którą Bart wpadł. Czuł tam jakby go coś przeszywało po miliony razy, a po chwili zobaczył jak jego brat, Daegurth rzuca się tam i wyciąga Brata, sam jednak nie zdążył wyjść przed zamknięciem dziury. Bart patrzał jak jego brat cierpi, chociaż widział czałyczas uśmiech na jego twarzy. Wkrótce dziura całkowicie się zamknęła, a Bart zakrzyczał, dopiero teraz czując ogrom bólu, którego tam doświadczył...
- Wow, to dosyć ciekawy sen! - powiedział Hebrid - Nikogo nie słyszałeś? Ciekawe...
- Ale cóż, nikt z nas się nie zna na snach... - powiedział Bobercik
- Hmmm, apropo dźwięków, Hebrid, co z Moją gitarą!?! - zapytał Kris - Oddasz Mi ją wreszcie?
- Oczywiście! - powiedział Hebrid
Całe południe Kris grał różne utwory na gitarze. Mimo wszystko, Kris grał dosyć dobrze, kiedyś nawet myślał o założeniu zespołu, ale jakoś się tak ułożyło, że nic z tego nie wyszło.
Bart myślał teraz o czymś innym, nie myślał już o śnie, myślał o tym co zrobił poprzedniego dnia... Ten atak "Double Big Bang Attack", to było coś zupełnie nowego! Nie wiedział, że coś takiego istnieje, faktycznie, czytał w pamiętniku brata o ataku "Big Bang Attack", ale nie miał pojęcia, że uda mu się zrobić z tego nowy atak! Co więcej, przy pierwszej próbie! Ale, czy będzie potrafił powtórzyć taki wyczyn? To było bardzo ważne pytanie...
Wkrótce Bart został zachęcony przez Bobercika do wspólej zabawy i w ten sposób razem grali i śpiewali, wychodziło Im to dosyć dobrze. Tak spędzili kolejny dzień w bardzo miłym towarzystwie.
Następnego dnia Bart czuł się nie swojo, wstał więc i przeszedł się po mieście, by zaczerpnąć świerzego powietrza. Pare razy czuł już pisk w głowie, ale teraz stało się coś wyjątkowego... Czuł go z wielu stron naraz, jakby kilka potężnych istot było w kilku miejscach! Nie wiedział dlaczego tak jest, jednak postanowił to sprawdzić. Zabrał więc wszystko, co mu było potrzebne(odpowiednie ubranie i troche jedzenia) i poszedł w strone, gdzie zmierzały wszystkie te moce...
W poprzednim odcinku:
Barta dręczyły sny, a raczej koszmary, w których widział brata. Całyczas myślał, co się mogło z nim stać i jakie zamiary ma Broly Darkness. Później wyczuł siele potężnych mocy, które zmierzały w jednym kierunku...
Rozdział XVIII - Odchłań
Kris poszedł sprawdzić, jak się ma Bart. Wchodzi do pokoju i widzi, że nikogo nie ma. Patrzy: nie ma ubrania, pewnie gdzieś wyszedł na spacer. Gdy już miał wychodzić z pokoju zabrał z ziemi jakiś malutki metalik, część pamiętnika. Przyjżał mu się dokładnie, jednak nie mógł ustalić co to jest. Złapał to "coś" w ręke i wtedy wszystko się zaczęło.
Metalik przeszedł przez skórę Krisa, który krzyknął z bólu. Widział, jak to "coś" wędróje wzdłóż jego ręki, a potem czuł jak przemieszcza się w jego głowie. Nareszcie - zatrzymało się. Jaka to była ulga, ale tylko chwilowa. Po chwili przez umysł Krisa przeszły miliony obrazów, tworzące filmy, jednak były to filmy niezwykłe. Czuł ból, podniecenie, strach, rozkosz, wszystkie emocje, jakby sam przeżył zdarzenia na filmie. A co tam widział? O tym wie tylko sam Kris, który właśnie wybiegł w poszukiwaniu za Bartem.
Bart zaś szedł w strone, gdzie wszystkie moce miały się skrzyżować. Moce były już strasznie blisko, dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej. Bart zobaczył wtedy postać w płaszczu.
Postać ta była chyba tego samego wzrostu, co Bart. Nagle znikła, jakby się rozpłynęła w powietrzu. Bart uznał to za rzecz bardzo dziwną i zaczął bliec w strone mocy, które były niedaleko. W pewnym momencie zza rogu wyskoczyły dwie średniego wzrostu postacie i rzuciły się na Barta. Były okropnie szybkie, Bart nawet nie zauważył, jak go minęły i zaatakowały równo w plecy. Poleciał kilka metrów do przodu i zatrzymał się na ścianie. Jedna z postaci już miała zmiażdżyć głowę Barta, ale poleciała na ściane. Zza rogu wyłonił się Kris.
Dwie wrogo nastawione postacie rzuciły się na Barta i Krisa, Bart chciał je zaatakować, ale Kris powiedział: "Nie! I tak nic im nie zrobisz!", Sam zaś ruszał rękami i mówił głośno: "Haaa!", wtedy przeciwnicy latali jak laleczki.
- Wow, co to jest? - zapytał Bart będąc pod wrażeniem
- Nie mam wiele czasu na wyjaśnienie - powiedział Kris - zaraz Mi się wymknom i będize po Nas!
- Że jak!?! - zapytał Bart
- Uciekaj, Ja Cie później dogonie! - Powiedział Kris - Tylko nie idź w strone tamtych mocy!
- Dlaczego? - zapytał Bart
- Tam czeka Cie pewna śmierć! - powiedział Kris - A teraz idź!
Bart pobiegł, a zraz zobaczył jak za nim pojawia się wielka eksplozja. Naprawde była ogromna. Wtedy wyczuł też coś jeszcze, jedną moc, wyjątkowo słabą, o wiele słabszą od niego, co to mogło być?
Nie miał czasu na zastanowienie się, co lub kto to jest, musiał uciekać. Biegł więc dalej i usłyszał z tyłu: "Zaczekaj". Obrócił się, to był Broly Darkness niosący Krisa na rękach.
- Weź go i idź stąd, Ja powinienem się Mu odwdzięczyć! - powiedział Broly Darkness
- Ale jak, kto!?! - nie wiedział co się dzieje Bart - Jest tu Mój brat!?!
- Tak, jest i jest w kłopotach! - powiedział Broly Darkness - A teraz nie ma czasu, uciekaj!
- Nie, nie zostawie brata w kłopotach! - powiedział Bart, a Kris się obudził wtedy i wstał
- Spokojnie, sam moge chodzić - powiedział Kris - Z chęcią bym Wam pomógł, ale bym tylko przeszkadzał. Więc lepiej pójde do miasta.
Kris poszedł, a Bart wraz z Brolym Darkness ruszył dalej. Nagle Broly zniknął, jakby był przez kogoś atakowany i rozpłynął się w powietrzu. Bart nie wiedział co się dzieje, nagle zobaczył w oddali swojego brata w płaszczu, jak we śnie, na tle ciemnego zaułka.
- Daegurth! - zakrzyczał Bart
Postać w płaszczu tylko się obejrzała i zaczęła bieg. Bart usłyszał ciche "Nie podchodź...", ale nie posłuchał. Pobiegł za bratem, jak we śnie.
Później stanął w ciemnym miejscu, tym razem jednak słyszał co mówi do niego brat i Broly Darkness. Stoi Bart w ciemnościach i rozgląda się....
- Nie stój w miejscu! - rozkazał Daegurth
- Rusz się, uważaj pod tobą! - zakrzyczał Broly Darkness
Wcześniej, we śnie nie rozumiał o co chodzi, teraz jednak jak najbardziej. Wyskoczył wysoko do góry i zobaczył jak kilka postaci wychodzi spod ziemi. Broly Darkness wyciągnął ręke do przodu i wystrzelił potężną kule, Daegurth tylko stał i się patrzał.
- Dlaczego nic nie zrobisz!?! – zapytał Bart
- Nie mogę… - powiedział Daegurth
Bart nie rozumiał o co chodzi. Zawisł na chwilę w powietrzu, tak, jak uczył go Kris. Wtedy to podleciał pod niego Broly Darkness.
- Na całym ciele ma coś jakby zbroje - powiedział Broly Darkness strzelając pociakami - Która blokuje jego energie, później powiem Ci po co ją ma!
Bart sobie coś przypomniał, we śnie zrobił jakiś atak... "Big Flash attack" lub coś takiego, ale co to jest? To nie było w stanie zniszczyć wrogów, więc jacy musieli być potężni?
Broly zobaczył, że Bart nie może sobie poradzić z lataniem, więc zabrał go blisko brata i wrócił do walki. Walczył naprawde ze wszystkich sił, było to widać, jednak nawet nie osiągnął żadnego poziomu powyżej normy. Najwidoczniej zapomniał jak to robić po połączeniu z diabłem w piekle.
- Dlaczego masz tą zbroje? - zapytał Bart brata
- Bałem się... Nie chciałem już więcej krwi, śmierci... - powiedział Daegurth - Zbyt wiele planet, cywilizaji przeze Mnie zginęło, nie chciałem tego, dlatego ta zbroja ma Mnie powstrzymać przed dalszym mordem
Bart to całkowicie rozumiał. Chciał przytulić brata, ale On go odepchnął i między nimi przeleciał kula ki, która swoim wybuchem zabrałaby Barta, gdyby nie złapał go brat za ręke.
- Skoro Mnie znalazłeś, to pewnie miałeś mój dziennik - powiedział Daegurth
- Tak, wiele się z niego nauczyłem! - powiedział dumnie Bart
- Dobrze, teraz możesz pokazać czego się nauczyłeś, uciekaj stąd! - powiedział Daegurth, jak zwykle spokojnie i cicho
- Dobrz... Jak to, uciekać? - powiedział Bart - Nie zostawie Cie tu samego!
- Nie jestem sam, jest tu też Broly Darkness - powiedział Daegurth - A nie chce patrzeć na Twoją śmierć
Nagle Daegurth odskoczył i zaczął biec, jakby coś go goniło. Bart pobiegł za nim, bo nie wiedział co się dzieje. Nagle usłyszał wielki pisk, ale biegł dalej. W pewnym momencie zobaczył jak jego brat stara mu się coś powiedzieć, ale pisk to zagłusza. Po chwili pojawia się też Broly Darkness, Bart jednak wciąż nie słyszy nic.
Skąd teraz zaatakują wrogowie? Co robić? - pomyślał Bart. Nie wiedział co robić, jednak rozsądek był górą. Zamknął oczy, wyciszył się, nagle wyczuł, że wrogowie są tuż pod nim, że łapią go za nogi, jak we śnie. Wyciągnął ręce w ich strone i zawołał: "Final Flash!", jednak zanim fala uderzeniowa wyleciała, to Bart był na ścianie. To Kris użył telekinezy, by przesunąć Barta, teraz potwory były wystawione na atak i Broly je zabił, po nich jednak zostało coś, jakiś przedmiot. Gdy spadł na ziemie otwarła się dziura, która zaczęła wciągać wszystko. Broly stamtąd uciekł, Daegurth chwycił się mocno poręczy. Kris był za daleko, by móc teraz robić coś telekinezą, a Bart... Bart został wciągnięty. Wpadł w odchłań, gdzie non-stop czuł ból. Nie trwało to długo. Zobaczył brata, którego kaptór się osunął. Widział go z jego czerwono-rudymi włosami na tle wschodzącego słońca. Chwiał go złapać za ręke, a potem przytulić, ale gdy ich dłonie się zetknęły, to Bart został wyrzucony z ogromną mocą z czarnej dziury. Dziura się zamykała i jeszcze długo słychać było ciche jęki bólu, które wydawał Daegurth. Broly zawołał głośno: "Nie!", ale to nic nie dało. Nie był w stanie nic zrobić.
Bart padł, dopiero teraz poczuł ten straszliwy ból, którego doświadczył w czarnej dziurze. Kris nie miał siły i też padł po tym, jak podszedł pod Barta. Broly zaś zabrał Barta i Krisa do ich pokojów, odstawił ich tak, jakby wogóle stamtąd nie wyszli.
- Może i tak będzie lepiej, nigdy nie zrobi nikomu krzywdy, skoro tego nie chce - powiedział Broly Darkness pod nosem - A Wy będziecie myśleć, że to tylko zły sen...
Tak i się stało, nazajutrz Bart i Kris myśleli, że to tylko sen. Nawet słowa o tym, co "śnili" do siebie nie powiedzieli...
Barta dręczyły sny, a raczej koszmary, w których widział brata. Całyczas myślał, co się mogło z nim stać i jakie zamiary ma Broly Darkness. Później wyczuł siele potężnych mocy, które zmierzały w jednym kierunku...
Rozdział XVIII - Odchłań
Kris poszedł sprawdzić, jak się ma Bart. Wchodzi do pokoju i widzi, że nikogo nie ma. Patrzy: nie ma ubrania, pewnie gdzieś wyszedł na spacer. Gdy już miał wychodzić z pokoju zabrał z ziemi jakiś malutki metalik, część pamiętnika. Przyjżał mu się dokładnie, jednak nie mógł ustalić co to jest. Złapał to "coś" w ręke i wtedy wszystko się zaczęło.
Metalik przeszedł przez skórę Krisa, który krzyknął z bólu. Widział, jak to "coś" wędróje wzdłóż jego ręki, a potem czuł jak przemieszcza się w jego głowie. Nareszcie - zatrzymało się. Jaka to była ulga, ale tylko chwilowa. Po chwili przez umysł Krisa przeszły miliony obrazów, tworzące filmy, jednak były to filmy niezwykłe. Czuł ból, podniecenie, strach, rozkosz, wszystkie emocje, jakby sam przeżył zdarzenia na filmie. A co tam widział? O tym wie tylko sam Kris, który właśnie wybiegł w poszukiwaniu za Bartem.
Bart zaś szedł w strone, gdzie wszystkie moce miały się skrzyżować. Moce były już strasznie blisko, dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej. Bart zobaczył wtedy postać w płaszczu.
Postać ta była chyba tego samego wzrostu, co Bart. Nagle znikła, jakby się rozpłynęła w powietrzu. Bart uznał to za rzecz bardzo dziwną i zaczął bliec w strone mocy, które były niedaleko. W pewnym momencie zza rogu wyskoczyły dwie średniego wzrostu postacie i rzuciły się na Barta. Były okropnie szybkie, Bart nawet nie zauważył, jak go minęły i zaatakowały równo w plecy. Poleciał kilka metrów do przodu i zatrzymał się na ścianie. Jedna z postaci już miała zmiażdżyć głowę Barta, ale poleciała na ściane. Zza rogu wyłonił się Kris.
Dwie wrogo nastawione postacie rzuciły się na Barta i Krisa, Bart chciał je zaatakować, ale Kris powiedział: "Nie! I tak nic im nie zrobisz!", Sam zaś ruszał rękami i mówił głośno: "Haaa!", wtedy przeciwnicy latali jak laleczki.
- Wow, co to jest? - zapytał Bart będąc pod wrażeniem
- Nie mam wiele czasu na wyjaśnienie - powiedział Kris - zaraz Mi się wymknom i będize po Nas!
- Że jak!?! - zapytał Bart
- Uciekaj, Ja Cie później dogonie! - Powiedział Kris - Tylko nie idź w strone tamtych mocy!
- Dlaczego? - zapytał Bart
- Tam czeka Cie pewna śmierć! - powiedział Kris - A teraz idź!
Bart pobiegł, a zraz zobaczył jak za nim pojawia się wielka eksplozja. Naprawde była ogromna. Wtedy wyczuł też coś jeszcze, jedną moc, wyjątkowo słabą, o wiele słabszą od niego, co to mogło być?
Nie miał czasu na zastanowienie się, co lub kto to jest, musiał uciekać. Biegł więc dalej i usłyszał z tyłu: "Zaczekaj". Obrócił się, to był Broly Darkness niosący Krisa na rękach.
- Weź go i idź stąd, Ja powinienem się Mu odwdzięczyć! - powiedział Broly Darkness
- Ale jak, kto!?! - nie wiedział co się dzieje Bart - Jest tu Mój brat!?!
- Tak, jest i jest w kłopotach! - powiedział Broly Darkness - A teraz nie ma czasu, uciekaj!
- Nie, nie zostawie brata w kłopotach! - powiedział Bart, a Kris się obudził wtedy i wstał
- Spokojnie, sam moge chodzić - powiedział Kris - Z chęcią bym Wam pomógł, ale bym tylko przeszkadzał. Więc lepiej pójde do miasta.
Kris poszedł, a Bart wraz z Brolym Darkness ruszył dalej. Nagle Broly zniknął, jakby był przez kogoś atakowany i rozpłynął się w powietrzu. Bart nie wiedział co się dzieje, nagle zobaczył w oddali swojego brata w płaszczu, jak we śnie, na tle ciemnego zaułka.
- Daegurth! - zakrzyczał Bart
Postać w płaszczu tylko się obejrzała i zaczęła bieg. Bart usłyszał ciche "Nie podchodź...", ale nie posłuchał. Pobiegł za bratem, jak we śnie.
Później stanął w ciemnym miejscu, tym razem jednak słyszał co mówi do niego brat i Broly Darkness. Stoi Bart w ciemnościach i rozgląda się....
- Nie stój w miejscu! - rozkazał Daegurth
- Rusz się, uważaj pod tobą! - zakrzyczał Broly Darkness
Wcześniej, we śnie nie rozumiał o co chodzi, teraz jednak jak najbardziej. Wyskoczył wysoko do góry i zobaczył jak kilka postaci wychodzi spod ziemi. Broly Darkness wyciągnął ręke do przodu i wystrzelił potężną kule, Daegurth tylko stał i się patrzał.
- Dlaczego nic nie zrobisz!?! – zapytał Bart
- Nie mogę… - powiedział Daegurth
Bart nie rozumiał o co chodzi. Zawisł na chwilę w powietrzu, tak, jak uczył go Kris. Wtedy to podleciał pod niego Broly Darkness.
- Na całym ciele ma coś jakby zbroje - powiedział Broly Darkness strzelając pociakami - Która blokuje jego energie, później powiem Ci po co ją ma!
Bart sobie coś przypomniał, we śnie zrobił jakiś atak... "Big Flash attack" lub coś takiego, ale co to jest? To nie było w stanie zniszczyć wrogów, więc jacy musieli być potężni?
Broly zobaczył, że Bart nie może sobie poradzić z lataniem, więc zabrał go blisko brata i wrócił do walki. Walczył naprawde ze wszystkich sił, było to widać, jednak nawet nie osiągnął żadnego poziomu powyżej normy. Najwidoczniej zapomniał jak to robić po połączeniu z diabłem w piekle.
- Dlaczego masz tą zbroje? - zapytał Bart brata
- Bałem się... Nie chciałem już więcej krwi, śmierci... - powiedział Daegurth - Zbyt wiele planet, cywilizaji przeze Mnie zginęło, nie chciałem tego, dlatego ta zbroja ma Mnie powstrzymać przed dalszym mordem
Bart to całkowicie rozumiał. Chciał przytulić brata, ale On go odepchnął i między nimi przeleciał kula ki, która swoim wybuchem zabrałaby Barta, gdyby nie złapał go brat za ręke.
- Skoro Mnie znalazłeś, to pewnie miałeś mój dziennik - powiedział Daegurth
- Tak, wiele się z niego nauczyłem! - powiedział dumnie Bart
- Dobrze, teraz możesz pokazać czego się nauczyłeś, uciekaj stąd! - powiedział Daegurth, jak zwykle spokojnie i cicho
- Dobrz... Jak to, uciekać? - powiedział Bart - Nie zostawie Cie tu samego!
- Nie jestem sam, jest tu też Broly Darkness - powiedział Daegurth - A nie chce patrzeć na Twoją śmierć
Nagle Daegurth odskoczył i zaczął biec, jakby coś go goniło. Bart pobiegł za nim, bo nie wiedział co się dzieje. Nagle usłyszał wielki pisk, ale biegł dalej. W pewnym momencie zobaczył jak jego brat stara mu się coś powiedzieć, ale pisk to zagłusza. Po chwili pojawia się też Broly Darkness, Bart jednak wciąż nie słyszy nic.
Skąd teraz zaatakują wrogowie? Co robić? - pomyślał Bart. Nie wiedział co robić, jednak rozsądek był górą. Zamknął oczy, wyciszył się, nagle wyczuł, że wrogowie są tuż pod nim, że łapią go za nogi, jak we śnie. Wyciągnął ręce w ich strone i zawołał: "Final Flash!", jednak zanim fala uderzeniowa wyleciała, to Bart był na ścianie. To Kris użył telekinezy, by przesunąć Barta, teraz potwory były wystawione na atak i Broly je zabił, po nich jednak zostało coś, jakiś przedmiot. Gdy spadł na ziemie otwarła się dziura, która zaczęła wciągać wszystko. Broly stamtąd uciekł, Daegurth chwycił się mocno poręczy. Kris był za daleko, by móc teraz robić coś telekinezą, a Bart... Bart został wciągnięty. Wpadł w odchłań, gdzie non-stop czuł ból. Nie trwało to długo. Zobaczył brata, którego kaptór się osunął. Widział go z jego czerwono-rudymi włosami na tle wschodzącego słońca. Chwiał go złapać za ręke, a potem przytulić, ale gdy ich dłonie się zetknęły, to Bart został wyrzucony z ogromną mocą z czarnej dziury. Dziura się zamykała i jeszcze długo słychać było ciche jęki bólu, które wydawał Daegurth. Broly zawołał głośno: "Nie!", ale to nic nie dało. Nie był w stanie nic zrobić.
Bart padł, dopiero teraz poczuł ten straszliwy ból, którego doświadczył w czarnej dziurze. Kris nie miał siły i też padł po tym, jak podszedł pod Barta. Broly zaś zabrał Barta i Krisa do ich pokojów, odstawił ich tak, jakby wogóle stamtąd nie wyszli.
- Może i tak będzie lepiej, nigdy nie zrobi nikomu krzywdy, skoro tego nie chce - powiedział Broly Darkness pod nosem - A Wy będziecie myśleć, że to tylko zły sen...
Tak i się stało, nazajutrz Bart i Kris myśleli, że to tylko sen. Nawet słowa o tym, co "śnili" do siebie nie powiedzieli...
[center]
UWAGA
[/center]
Odcinki specjalne różnią się od zwykłych! Mogą wogóle nie mieć miejsca w czasie, a ukazane w nich postacie mogą wogóle nie istnieć w normalnych odcinkach! Takie odcinki mają na celu pokazać siłe postaci i niekiedy opis(ale nie zawsze!), a niekiedy zawierają osobną ciekawą historie!
Special I - Daegurth Story
Na planecie macierzystej Saiyanów, Vegeta, żył pewien chłopiec o imieniu Daegurth. To imie tak naprawde nie było mu nadane przez rodziców, zostało mu przeznaczone...
Wiele lat przed narodzinami bliźniąt: Daegurth'a i Bart'a, na nieznanej nikomu planecie toczyła się straszna walka między smokiem, a innymi członkami planety. Smok był nadpotężny, nikt nie mógł stawić mu czoła i dlatego na planecie zaczęto szkolić specjalne oddziały, które i tak uginały się pod siłą smoka.
Czerwony smok z którym walczyli mógł przybierać podobną innym istotom, ludziom, postać, jednak tego często nie robił. Najczęściej to zionął ogniem i wrzeszczał: "Dajcie Mi w spokoju żyć!". Gdyby mógł, to odleciałby z tej planety, ale wiedział, że umarłby w próżni, więc sam nie mógł, a innego sposobu nie widział.
Smok ten za niedługo miał wydać swojego potomka, pierwsze małe smoczątko, jednak wiedział, że jeżeli wciąż będzie tak mocno atakowany ze strony mieszkańców planety, to nic z tego nie będzie, a do tego jego dziecko może się wtedy stać żądnym krwi potworem, dlatego też musiał zabić wszystkich prześladowców.
Gdy latał zionąc piekielnie gorącym ogniem, wołał: "Głupcy, wcale nie musiało tak być! Ja chce tylko przetrwać!". Prawie udało mu się zniszczyć wszystkich, którzy go chcieli zabić, jednak jeden zadał mu krytyczną ranę.
Był to Galanthir, wielka istota, która zmusiła smoka do lądowania, a potem go zabiła. Sam czerwony smok jednak zostawił swoje małe i błagał po cichu, by udało mu się przeżyć. To nie tylko był ostatni smok na planecie - to ostatni smok we wszechświecie. Tego właśnie bał się ogromny, prawie martwy smok - Uethir.
Ostatnia fala tych, którzy myśleli, że Uethir wciąż żyje rzuciła się na jego zwłoki i atakowała je ze wszystkich sił. Nikt nawet nie zobaczył, że ktoś wynosił pod płaszczem małego smoka.
Postać ta opuściłą tą planete, a w przestrzeni kosmicznej zaczęła zajmować się małym czerwonym smokiem. W końcu ściągła płaszcz - widniała na niej saiyańska zbroja. Włosy postaci były dosyć długie, czarne, tak jak u wszystkich Saiyanów. Do tego ten ktoś miał charakterystyczny dla Saiyanów ogon.
Smok był prawie martwy, urodził się zdecydowanie za wcześnie, jeszcze nie wie jak jeść, ani nic. Postać jednak bardzo chciała go ocalić, chciała nawet oddać za niego życie. Nagle rozległ się głos, kobiecy głos, która mówiła coś przez radio...
- Daegurth, jesteś tam - powiedział kobiecy głos
Postać nazwana Daegurth podeszła do kokpitu i odpowiedziała.
- Tak, jestem, jestem. Coś się stało? - zapytał Daegurth
- W sumie, to nic, ale tęsknie... - Powiedziała jakaś kobieta - tak dawno Cie nie widziałam...
- Hej, z kim tam rozmawiasz? - słychać męski głos przez radio - Znowu z kimś flirtujesz?
- Hej, Ledor, jak się masz!?! - zapytał Daegurth przez radio
- Czy to Ty Daegurth? - zapytał mężczyzna nazwany Ledor - Kope lat!
- Tak, a Ty dalej przy swojej ukochanej, wciąż jej nie puszczasz? - zapytał żartobliwie Daegurth
- Ach to Twoje poczucie humoru... - powiedział Ledor - nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać
- Ej, daj Mi to, Ja z nim rozmawiam, Ty idź lepiej po drewno na opał! - powiedziała kobieta, ukochana Ledora
Daegurth lekko się zaśmiał gdy usłyszał jeszcze: "Ty łajdaku i nie śmiej wracać bez drewna", a potem lekkie stunięcie w głowe.
- No, poszedł, nareszcie... - Powiedziała kobieta
- Ciesze się, że zostałaś z nim - powiedział Daegurth
- Ale wiesz, że Ja kocham kogoś innego... - powiedziała kobieta
Daegurth nic nie odpowiedział. Patrzał się tylko bezradnie na kokpit. Uratował go głos, który wydał z siebie smoczek.
- Waaaaa - zakrzyczał cicho smoczek
- Co to było? - zapytała się kobieta - Wszystko w porządku!?!
- W sumie to nie - powiedział Daegurth
- Może potrzebujesz pomocy!?! Zaraz tam będe, tylko podaj współrzędne! - powiedziała kobieta
- Nie, jestem cały - powiedział Daegurth - właśnie byłem świadkiem wymarcia przedostatniego "Smoka", bardzo inteligentnej, magiczej istoty. Ostatnim smokiem jest jego syn, wydany w momencie śmierci na świat. Zabrałem go, ale i tak wkrótce zginie...
- Jakie smutne... Nie da się nic zrobić? - zapytała kobieta
- Da się, ale to bardzo niebezpieczne... - powiedział Daegurth
- Co masz na myśli mówiąc "niebezpieczne"? - zapytała kobieta
- Ufff, to może być ciężko wytłumaczyć... Zabierze to Moje życie, a Ja mógłbym prowadzić je od nowa, jednak potrzebowałbym do tego kobiety, która urodziłaby Mnie jako swoje dziecko, zresztą i tak nie chce nikogo narażać - powiedział Daegurth
- Możesz to zastosować na Mnie - powiedziała bez namysłu kobieta - Wole umrzeć lub żyć w bólu, niż żyć bez Ciebie...
- Ale... - wyjąkał Daegurth - Ja nie... Nie potrafie... Ko... Ży... Nie potra... Lepiej, że jesteś z Ledorem, On przynajmniej Ci coś zapewni...
- Ja go nie kocham, lubie go, ale kocham TYLKO Ciebie! - zakrzyczała kobieta rozpłakując się - Jeżeli będe mogła ostatni raz Cie zobaczyć, to nawet moge umrzeć!
Daegurth się nieźle zdenerwował. Nienawidział jak ktoś rzuca bezmyślnie swoje życie, nawet w imie miłości. Chociaż z drugiej strony... On też czuł coś do tej kobiety, chciał się z nią zobaczyć, ale nie w taki sposób... Nie w takim celu...
- I tak miałem zamiar przylecieć na Vegete - powiedział Daegurth - Ale nie wiem, czy ten smok przeżyje. Nie naraże życia osoby, a tym bardziej osoby, którą ko... - Daegurth szybko przerwał
- ? - Kobieta wydaje się być zaciekawiona - Którą co? Czy dobrze słyszałam!?!
Daegurth nic nie odpowiedział. Nieźle się wpakowałeś stary - pomyślał - Teraz wie, że ją kochasz i może być mały problem, a przecież nie chcesz jej krzywdzić, bo jak dotąd wszystko z czym się zetknąłeś wkrótce umierało...
- No powiedz to, jeżeli Mnie kochasz powiedz, chociaż ten jeden raz! - powiedziała kobieta
- Ko... Koch... Kochaj Ledora, On przynajmniej jest w stanie Ci coś zapewnić... - powiedział Daegurth
Kobieta lekko się zdenerwowała, było słychać ciche: "Tylko spokojnie, tylko spokojnie...".
- Dobrze, darujmy to sobie... - powiedziała kobieta - Więc, za ile będziesz na planecie Vegeta?
- Dwa, może trzy dni - powiedział Daegurth - Ale nie przesadzaj z przygotowaniami, znam Cię
Słychać dźwięk otwieranych drzwi.
- Już jestem - powiedział z dali Ledor
- Witaj Ledor - powiedziała kobieta
- Jeszcze rozmawiasz z Daegurth'em? - zapytał Ledor
- Tak, a co, chcesz się włączyć do rozmowy? - zapytała kobieta
- Czasem chciałbym powspominać stare dobre czasy... - powiedział Ledor
Ledor i Daegurth byli w młodości przyjaciółmi. Razem byli wysyłani na misje, razem pomagali sobie, razem się uczyli na własnych, jak i cudzych błędach. Daegurth znalazł sobie jednak ukochaną, którą kocha do teraz, jednak bał się, że umie tylko krzywdzić i pozwolił Ledorowi się nią zaopiekować. Ledor oczywiście się zgodził, nie dla tego, że to była prośba jego przyjaciela, ale dlatego, bo kobieta ta była bardzo mądra i jednocześnie piękna.
- Za dwa, może trzy dni będziesz miał okazje - powiedziała kobieta do Ledora
- Jak to? - zapytał Ledor
- No, On do nas przylatuje - powiedziała kobieta
- O qrcze! Świetnie, trzeba się przygotować! - powiedział Ledor - Później będe - powiedział wychodząc z domu
- Wiedziałem... - powiedział cicho Daegurth - Zaraz zniesie do domu połowe dóbr z miasta...
- Tak już z nim jest... - powiedziała kobieta
- Właśnie, a jak Wam się układa? - zapytał Daegurth
- Tak samo, On Mnie kocha, Ja go bardzo lubie... - powiedziała kobieta
- Planujecie już dzieci? - zapytał Daegurth
Gdyby to był tkoś inny, to zapewne po takim pytaniu nieźle by się zdenerwował, ale Ona wiedziała, że On żartuje
- Głupie żarty się Ciebie trzymają... - powiedziała kobieta
- Wolałabyś chłopca, czy dziewczynke? - zapytał Daegurth
- A co, przywieziesz Mi? - zapytała kobieta - Jasne, że chłopca, najlepiej podobnego do Ciebie!
- Nie przesadzajmy... - powiedział Daegurth - Ledor jest jak Ja, to Ja się z nim uczyłem, Ja się z nim wychowywałem...
- To jedyny powód dla którego z nim jestem! - powiedziała kobieta - Bo przypomina Mi właśnie Ciebie!
Daegurth się zasmucił, bo wiedział, że Ledor nie zostanie przez nią pokochany nigdy. Ale jednocześnie był dumny, że kocha go ktoś taki...
- Dobrze, musze kończyć, wchodze w strefe zakłuceń. Zobaczymy się za pare dni! - powiedział Daegurth
- Do zobaczenia kochanie! - powiedziała kobieta
To ostatnie zmyliło Daegurth'a, ile razy Ona go tak żegna, tyle razy czuje się nie swojo, ale jednocześnie przyjemnie.
Dobrze, teraz musiał uważać, bo przelatywał przez deszcz meteorytów, szybko jednak go minął. Poszedł wtedy do smoczka i zabrał troche jego krwi. Zbadał ją i przystosował komore regeneracyjną Saiyanów do jego DNA. Umiał to zrobić, bo był bardzo inteligentny. Zawsze myślał racjonalnie i liczył się z poglądami innych. Wymyślił nawet własne teorie, takie jak: Saiyanie umią latać, bo wytwarzają przeciwpole magnetyczne, które ich unosi; kule ki, to nic innego, jak impulsy, które lecą do naszego mózku, wypuszczone przez inne części ciała. W sumie to nikt nigdy nie zatwierdził, anie nie zaprzeczył tym teoriom.
Tak więc smok został umieszczony w komorze regeneracyjnej, narazie nie mogło to zaszkodzić, a jedynie pomóc.
Daegurth teraz zapisał sobie, żeby później nie musiał sobie przypominać, jak ocalić smoka, gdyby miało się udać. Coś przeczuwał, że smok zostanie ocalony, choć nie wiedział dlaczego...
Zapisał na kartce wszystko, co trzeba zrobić, po kolei i przeczytał pare razy. Potem miał ją spalić, ale zapomniał, wsadził tylko pod zbroje.
Daegurth leciał półtora dnia bez problemu, aż zobaczył, że wielki meteoryt zmierza w tym samym kierunku, co On. Patrzy, a meteoryt się otwiera, jak statek kosmiczny i wylatuje kilka mniejszych statków w jego kierunku. Zabrały go do meteorytu, gdzie wyszedł już sam.
Zobaczył tam dziwne istoty w purpurowych pancerzach. Na samym końcu, w następnej sali, przez drzwi widać było przywódce tych istot. Tam właśnie został zaprowadzony Daegurth.
- Kim jesteś słabeuszu? - został zapytany Daegurth przez przywódce
- Nie wiem Panie, co mam rozumieć pod słowem "słabeuszu", ale skoro tak Mnie nazywacie, to niech będzie. Jestem Słabeusz - powiedział Daegurth
- Prawie śmieszne beznadziejna istoto! - zdenerwował się władca - Ja nazywam się Herlin i jestem przywódcą Helonoidów. Chciałbym wiedzieć gdzie leciałeś.
- Wracałem na ojczystą planete, Vegeta, Panie - powiedział Daegurth
Rozległ się głośny śmiech tyrana i ciche chichoty licznych żołnieży.
- Też tam zmierzamy, właśnie zamierzamy ją zniszczyć! - powiedział tyran Herlin
- Zniszczyć? - Daegurth rozejrzał się wkoło - Przecież Ja sam zabije ok. 15 Twoich ludzi, a wcale nie jestem silny na Mojej planecie.
- Tak? Zobaczymy! - tyran kiwnął głową do jednego ze swoich dowódców - Zbierz 5 najlepszych żołnierzy i wraz z nimi masz zabić tego Słabeusza!
- Tak jest - odpowiedział dowódca
Zebrał szybko pięciu żołnieży i otoczyli Daegurtha. Zrobili wogóle więcej miejsca inni, odsunęli się, by nic Im się nie stało. Żołnierze, którzy staliwokół Daegurtha byli uśmiechnięci, cieszyli się, że zawalczą i pokażą mu jacy są silni.
- Rozpoczynać! - powiedział Tyran
- A Mi się nie chce walczyć - powiedział Daegurth
- To daj się zabić, proste! - powiedział dowódca wyznaczony do zabicia Daegurtha
- No, bez przesady, aż taki miły dla Was nie będe - powiedział Daegurth
Nagle ze wszystkich sześciu stron rzucili się na Daegurtha, który uniknął przed każdym. Był tak atakowany, ale ciągle unikał, jakby był ultra szybki.
- Może jeszcze kogoś przydzielisz Herlinie? - zapytał Daegurth
- Jak śmiesz do Mnie mówić po imieniu!?! - powiedział Herlin i spojrzał na drugiego dowódce, który wraz ze swoją piątką ruszył na Daegurtha
Ta dwunastka sprawiała mu już małe problemy. Oprócz unikania musiał czasem siię blokować rękami i nogami, ale to nie dziwne, w końcu ich było dwunastu, bezproblemowo zakryli całego Daegurtha. W końcu zobaczyli, że coś uderzają nareszcie, więc zaczęli uderzać najszybciej jak się da. Później, gdy poczuli, że to coś się już nie rusza odskoczyli, patrzą, a tam jeden z ich żołnieży(nie z dwunastki, która walczyła!), a Daegurth stoi i się śmieje daleko, gdzie znajduje się pierwszy rząd Helonoidów.
- Teraz Moja kolej, przykro Mi - powiedział Daegurth, po czym ruszył na przeciwników
To nie było zwykłe poruszenie się na przeciwników, Daegurth leciał nisko nad ziemią, nikt nawet nie zauważył, jak znalazł się po drugiej stronie statku w postaci meteorytu. A co się stało z dwunastką, z którą walczył? Właśnie ich resztki było widać na podłodze w gigantycznej kałuży krwi!
Tyran był naprawde zaskoczony siłą Saiyana. Wg niego było to naprawde potężne, sam w życiu tylko raz tak walczył, a jego ludzie nie dorównują mu nawet w połowie. W takim wypadku wiedział, że nie ma szans teraz przeprowadzać inwazji na planete Vegeta. Teraz miał większy problem, co zrobić z tym Saiyanem?
Kazał wszystkim ludziom atakować tego "słabeusza", wszyscy pięknie posłuchali, rzucili się jak na rzeź. Ginął jeden za drugim, a po nim kolejni. Ginęli tak szybko, że każdy następny miał na sobie plame świerzej krwi poprzednika. Tak zginęła jedna dziesiąta część armii tyrana Herlina. Później Herlin nie mógł już na to patrzeć i sam wziął się do roboty.
Zrzucił noszony do teraz płaszcz i skoszył w strone Daegurtha, który uniknął pierwszy atak, ale ugiął się pod następnym. Potem tyran wydał serie uderzeń na Daegurtha, ostatnie uderzenie, najmocniejsze, zatrzymało Daegurtha na ścianie. Daegurth widział, że tyran się zbliża, więc uniknął szybko i teraz blokował się przed ciosami. Widział, że ma przed sobą godnego przeciwnika. Starał się wywalczyć jakąś przewage, ale nie mógł. Po chwili poczół, że coś uderzyło go z tyłu - to ludzie tyrana, którzy mu pomogli. Tyran lekko się uśmiechnął i uderzył kolanem w głowe(brode) Daegurthowi. Krew poleciała Mu z ust, zamknął na chwile oczy i padł na ziemie. Został jeszcze raz potężnie uderzony przez tyrana w brzuch.
- I co? Nadal twierdzisz, że nam się nie uda!?! - zapytał tyran pytaniem retorycznym
Po tym pytaniu Daegurth zobaczył twarz Ledora i jedynej kochanej mu kobiety, Fireth. Po tym otworzył oczy i szybko wstał.
- Tak, nadal tak twierdzę! - powiedział Daegurth i złożył obie ręce obok głowy
Obok głowy Daegurtha pojawiała się najpierw jakaś aura, między jego rękami. Później zajwiła się tam kula, a aura pokryła całę jego ciało. Wtedy to wyprostował ręce i zawrzeszczał: "Garlick gun fire!". Ogromna fala energii leciała wprost na tyrana. Herlin był przerażony, wiedział, że ta fala go zabije, a nie chciał umierać, jednak nic nie mógł zrobić. On nie.
Nagle wiele żołnieży rzuciło się w obronie swojego pana, samemu oddając życie. Jednak zderzenie się z nimi fali spowodowało potężny wybuch, większość ludzi(połowa armii) tyrana zginęła, tyran zaś był strasznie wykończony. Daegurth zaczął uciekać stamtąd na swój statek. Chciał uciec, to dla niego jedyna szansa. Gdy wsiadał do statku dostał potężnym, cienkim promieniem od Herlina prawie w serce. Helrin nie mógł już dogonić Daegurtha, a ten powoli wszedł na statek. Nacisnął pare przycisków i zrobił dziurę w kadłubie statku-meteorytu specjalną bronią laserową.
- Jeszcze podbijemy tą planete! - zawrzeszczał tyran z bardzo daleka - Nie podbijemy, zmieciemy!
Daegurth włączył statek i szybko wyleciał. Zaczął strzelać do statku-meteorytu laserem, ale okazał się bezskuteczny gdy strzelał od zewnątrz statku. Musiał mieć bardzo dobre osłony.
Zaobaczył jak statek zmienia kurs i leci w całkiem inną strone. Sam więc włączył kurs na planete Vegeta z automatycznym lądowaniem. Zaraz po tym padł na ziemie i leżał z raną obok serca...
Dziwnym sposobem, po przelocie kilku godzin Daegurth się ocknął. Życie trzymało się go bardzo mocno. Widział już niedaleko planete Vegeta, wkrótce na niej wylądował, obok domu Ledora i Fireth. Po wylądowaniu leżał jakieś pięć minut, aż przyszła na statek Fireth wołając: "Nareszcie!". Jednak to co zobaczyła, bardzo ją przeraziło.
Osoba, którą tak bardzo kocha leży na ziemi i właśnie się wykrwawia. Do tego uśmiecha isę do niej i mówi: "Cześć Fireth". Fireth odrazu podbiegła do Daegurtha i przytuliła go.
- Widzisz - powiedział Daegurth - Jednak przyleciałem w ciągu tych dwóch dni...
- Nic nie mów - powiedziała Fireth płacząc - Prosze, nic nie mów!
Daegurth tylko się uśmiechnął.
- Żegnaj Moja jedyna miłości, Fireth. Będe na Ciebie czekał! - powiedział Daegurth
Po tych słowach zemdlał, jeszcze nie umarł. Życie naprawde się go bardzo mocno trzymało. Już stracił tyle litrów krwi, a wciąż mógł mówić, co więcej jego serce tłoczyło wciąż resztki krwi. W momencie kiedy zemdlał zza jego zbroi wypadła karteczka. Fireth ją podniosła i przeczytała płacząc. Wiedziała już co ma zrobić...
Wzięła ręke Daegurtha, narysowała nią coś na ziemi i wskazała nią na małego smoczka. Wtedy to smoczek zniknął i pojawił się mały tatuaż w kształcie czerwonego smoka na jego prawym ramieniu. Zaraz po tym zaczął znikać, wtedy Fireth wciąż płacząc wypowiedziała sekwencje słów napisaną na kartce i chwyciła Daegurtha za głowę obiema rękami. Wtedy to jego ciało znikło całkowicie.
Wtedy wbiegł Ledor. Nie widział co się stało, Fireth nigdy mu nie powiedziała. Zobaczył tylko plame krwi, pomyślał, że Daegurth zginął wcześniej, gdzieś w przestrzeni kosmicznej...
Odprawiony został pogrzeb Daegurtha(Ledor nic nie wiedział). Niedługo później(miesiąc) Fireth wzięła prawny ślub z Ledorem i po pierwszym dniu spodziewali się dziecka. Po dziewięciu miesiącach na świat przyszły bliźniaczki, Daegurth i Bart. Pierwsze dziecko, Daegurth miało na ramieniu małego czerwonego smoka. Drugie Bart urodziło się normalnie, lecz to po jego porodzie umarła Fireth. Czy to była jednak jego wina? Nie, to przez zastosowanie nikomu nigdy nie znanej techniki, techniki którą opracował kiedyś Daegurth. Techniki, która dopiero teraz zabrała życie Fireth...
Add On: Historia Daegurtha do momentu pierwszego spotkania z Bartem
Daegurth stracił pamięć - rozpoczął nowe życie. Na początku był jak każde dziecko - mały rozwydrzony bachor, jednak w wieku czterech lat był już bardzo inteligentny. W wielu sześciu lat wyruszył na misje, z której już nie wrócił na ojczystą planete. Wylądował na Ziemi, gdzie zamieszkał. Długo tam trenował, do dziewięciu lat. Potem latał po różnych planetach, by pozwiedzać. Wtedy to właśnie odwiedzał planety z zaawansowaną technologią i nauczył się jak konstruować urządzenia. W połączeniu z jego wrodzonym talentem było to świetne. W ten sposób powstał np.: Jego pamiętnik, mapa wszechświata i inne.
Spowrotem wrócił na ziemie w wieku lat 15, kiedy to zbudował zbroję, która zabrania wydostawać się jego energii. W wieku lat 16 i pół spotyka pierwszy raz Barta, gdy to wyrzuca go z odchłani śmierci, a sam w nią wpada... A co dalej? To już można dowiedzieć się w odcinkach następnych(które dopiero powstaną!)
Podoba się special? Mam nadzieje, że tak, bo pisałem go przeszło dwie godziny! ^^ XD
Odcinki specjalne różnią się od zwykłych! Mogą wogóle nie mieć miejsca w czasie, a ukazane w nich postacie mogą wogóle nie istnieć w normalnych odcinkach! Takie odcinki mają na celu pokazać siłe postaci i niekiedy opis(ale nie zawsze!), a niekiedy zawierają osobną ciekawą historie!
Special I - Daegurth Story
Na planecie macierzystej Saiyanów, Vegeta, żył pewien chłopiec o imieniu Daegurth. To imie tak naprawde nie było mu nadane przez rodziców, zostało mu przeznaczone...
Wiele lat przed narodzinami bliźniąt: Daegurth'a i Bart'a, na nieznanej nikomu planecie toczyła się straszna walka między smokiem, a innymi członkami planety. Smok był nadpotężny, nikt nie mógł stawić mu czoła i dlatego na planecie zaczęto szkolić specjalne oddziały, które i tak uginały się pod siłą smoka.
Czerwony smok z którym walczyli mógł przybierać podobną innym istotom, ludziom, postać, jednak tego często nie robił. Najczęściej to zionął ogniem i wrzeszczał: "Dajcie Mi w spokoju żyć!". Gdyby mógł, to odleciałby z tej planety, ale wiedział, że umarłby w próżni, więc sam nie mógł, a innego sposobu nie widział.
Smok ten za niedługo miał wydać swojego potomka, pierwsze małe smoczątko, jednak wiedział, że jeżeli wciąż będzie tak mocno atakowany ze strony mieszkańców planety, to nic z tego nie będzie, a do tego jego dziecko może się wtedy stać żądnym krwi potworem, dlatego też musiał zabić wszystkich prześladowców.
Gdy latał zionąc piekielnie gorącym ogniem, wołał: "Głupcy, wcale nie musiało tak być! Ja chce tylko przetrwać!". Prawie udało mu się zniszczyć wszystkich, którzy go chcieli zabić, jednak jeden zadał mu krytyczną ranę.
Był to Galanthir, wielka istota, która zmusiła smoka do lądowania, a potem go zabiła. Sam czerwony smok jednak zostawił swoje małe i błagał po cichu, by udało mu się przeżyć. To nie tylko był ostatni smok na planecie - to ostatni smok we wszechświecie. Tego właśnie bał się ogromny, prawie martwy smok - Uethir.
Ostatnia fala tych, którzy myśleli, że Uethir wciąż żyje rzuciła się na jego zwłoki i atakowała je ze wszystkich sił. Nikt nawet nie zobaczył, że ktoś wynosił pod płaszczem małego smoka.
Postać ta opuściłą tą planete, a w przestrzeni kosmicznej zaczęła zajmować się małym czerwonym smokiem. W końcu ściągła płaszcz - widniała na niej saiyańska zbroja. Włosy postaci były dosyć długie, czarne, tak jak u wszystkich Saiyanów. Do tego ten ktoś miał charakterystyczny dla Saiyanów ogon.
Smok był prawie martwy, urodził się zdecydowanie za wcześnie, jeszcze nie wie jak jeść, ani nic. Postać jednak bardzo chciała go ocalić, chciała nawet oddać za niego życie. Nagle rozległ się głos, kobiecy głos, która mówiła coś przez radio...
- Daegurth, jesteś tam - powiedział kobiecy głos
Postać nazwana Daegurth podeszła do kokpitu i odpowiedziała.
- Tak, jestem, jestem. Coś się stało? - zapytał Daegurth
- W sumie, to nic, ale tęsknie... - Powiedziała jakaś kobieta - tak dawno Cie nie widziałam...
- Hej, z kim tam rozmawiasz? - słychać męski głos przez radio - Znowu z kimś flirtujesz?
- Hej, Ledor, jak się masz!?! - zapytał Daegurth przez radio
- Czy to Ty Daegurth? - zapytał mężczyzna nazwany Ledor - Kope lat!
- Tak, a Ty dalej przy swojej ukochanej, wciąż jej nie puszczasz? - zapytał żartobliwie Daegurth
- Ach to Twoje poczucie humoru... - powiedział Ledor - nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać
- Ej, daj Mi to, Ja z nim rozmawiam, Ty idź lepiej po drewno na opał! - powiedziała kobieta, ukochana Ledora
Daegurth lekko się zaśmiał gdy usłyszał jeszcze: "Ty łajdaku i nie śmiej wracać bez drewna", a potem lekkie stunięcie w głowe.
- No, poszedł, nareszcie... - Powiedziała kobieta
- Ciesze się, że zostałaś z nim - powiedział Daegurth
- Ale wiesz, że Ja kocham kogoś innego... - powiedziała kobieta
Daegurth nic nie odpowiedział. Patrzał się tylko bezradnie na kokpit. Uratował go głos, który wydał z siebie smoczek.
- Waaaaa - zakrzyczał cicho smoczek
- Co to było? - zapytała się kobieta - Wszystko w porządku!?!
- W sumie to nie - powiedział Daegurth
- Może potrzebujesz pomocy!?! Zaraz tam będe, tylko podaj współrzędne! - powiedziała kobieta
- Nie, jestem cały - powiedział Daegurth - właśnie byłem świadkiem wymarcia przedostatniego "Smoka", bardzo inteligentnej, magiczej istoty. Ostatnim smokiem jest jego syn, wydany w momencie śmierci na świat. Zabrałem go, ale i tak wkrótce zginie...
- Jakie smutne... Nie da się nic zrobić? - zapytała kobieta
- Da się, ale to bardzo niebezpieczne... - powiedział Daegurth
- Co masz na myśli mówiąc "niebezpieczne"? - zapytała kobieta
- Ufff, to może być ciężko wytłumaczyć... Zabierze to Moje życie, a Ja mógłbym prowadzić je od nowa, jednak potrzebowałbym do tego kobiety, która urodziłaby Mnie jako swoje dziecko, zresztą i tak nie chce nikogo narażać - powiedział Daegurth
- Możesz to zastosować na Mnie - powiedziała bez namysłu kobieta - Wole umrzeć lub żyć w bólu, niż żyć bez Ciebie...
- Ale... - wyjąkał Daegurth - Ja nie... Nie potrafie... Ko... Ży... Nie potra... Lepiej, że jesteś z Ledorem, On przynajmniej Ci coś zapewni...
- Ja go nie kocham, lubie go, ale kocham TYLKO Ciebie! - zakrzyczała kobieta rozpłakując się - Jeżeli będe mogła ostatni raz Cie zobaczyć, to nawet moge umrzeć!
Daegurth się nieźle zdenerwował. Nienawidział jak ktoś rzuca bezmyślnie swoje życie, nawet w imie miłości. Chociaż z drugiej strony... On też czuł coś do tej kobiety, chciał się z nią zobaczyć, ale nie w taki sposób... Nie w takim celu...
- I tak miałem zamiar przylecieć na Vegete - powiedział Daegurth - Ale nie wiem, czy ten smok przeżyje. Nie naraże życia osoby, a tym bardziej osoby, którą ko... - Daegurth szybko przerwał
- ? - Kobieta wydaje się być zaciekawiona - Którą co? Czy dobrze słyszałam!?!
Daegurth nic nie odpowiedział. Nieźle się wpakowałeś stary - pomyślał - Teraz wie, że ją kochasz i może być mały problem, a przecież nie chcesz jej krzywdzić, bo jak dotąd wszystko z czym się zetknąłeś wkrótce umierało...
- No powiedz to, jeżeli Mnie kochasz powiedz, chociaż ten jeden raz! - powiedziała kobieta
- Ko... Koch... Kochaj Ledora, On przynajmniej jest w stanie Ci coś zapewnić... - powiedział Daegurth
Kobieta lekko się zdenerwowała, było słychać ciche: "Tylko spokojnie, tylko spokojnie...".
- Dobrze, darujmy to sobie... - powiedziała kobieta - Więc, za ile będziesz na planecie Vegeta?
- Dwa, może trzy dni - powiedział Daegurth - Ale nie przesadzaj z przygotowaniami, znam Cię
Słychać dźwięk otwieranych drzwi.
- Już jestem - powiedział z dali Ledor
- Witaj Ledor - powiedziała kobieta
- Jeszcze rozmawiasz z Daegurth'em? - zapytał Ledor
- Tak, a co, chcesz się włączyć do rozmowy? - zapytała kobieta
- Czasem chciałbym powspominać stare dobre czasy... - powiedział Ledor
Ledor i Daegurth byli w młodości przyjaciółmi. Razem byli wysyłani na misje, razem pomagali sobie, razem się uczyli na własnych, jak i cudzych błędach. Daegurth znalazł sobie jednak ukochaną, którą kocha do teraz, jednak bał się, że umie tylko krzywdzić i pozwolił Ledorowi się nią zaopiekować. Ledor oczywiście się zgodził, nie dla tego, że to była prośba jego przyjaciela, ale dlatego, bo kobieta ta była bardzo mądra i jednocześnie piękna.
- Za dwa, może trzy dni będziesz miał okazje - powiedziała kobieta do Ledora
- Jak to? - zapytał Ledor
- No, On do nas przylatuje - powiedziała kobieta
- O qrcze! Świetnie, trzeba się przygotować! - powiedział Ledor - Później będe - powiedział wychodząc z domu
- Wiedziałem... - powiedział cicho Daegurth - Zaraz zniesie do domu połowe dóbr z miasta...
- Tak już z nim jest... - powiedziała kobieta
- Właśnie, a jak Wam się układa? - zapytał Daegurth
- Tak samo, On Mnie kocha, Ja go bardzo lubie... - powiedziała kobieta
- Planujecie już dzieci? - zapytał Daegurth
Gdyby to był tkoś inny, to zapewne po takim pytaniu nieźle by się zdenerwował, ale Ona wiedziała, że On żartuje
- Głupie żarty się Ciebie trzymają... - powiedziała kobieta
- Wolałabyś chłopca, czy dziewczynke? - zapytał Daegurth
- A co, przywieziesz Mi? - zapytała kobieta - Jasne, że chłopca, najlepiej podobnego do Ciebie!
- Nie przesadzajmy... - powiedział Daegurth - Ledor jest jak Ja, to Ja się z nim uczyłem, Ja się z nim wychowywałem...
- To jedyny powód dla którego z nim jestem! - powiedziała kobieta - Bo przypomina Mi właśnie Ciebie!
Daegurth się zasmucił, bo wiedział, że Ledor nie zostanie przez nią pokochany nigdy. Ale jednocześnie był dumny, że kocha go ktoś taki...
- Dobrze, musze kończyć, wchodze w strefe zakłuceń. Zobaczymy się za pare dni! - powiedział Daegurth
- Do zobaczenia kochanie! - powiedziała kobieta
To ostatnie zmyliło Daegurth'a, ile razy Ona go tak żegna, tyle razy czuje się nie swojo, ale jednocześnie przyjemnie.
Dobrze, teraz musiał uważać, bo przelatywał przez deszcz meteorytów, szybko jednak go minął. Poszedł wtedy do smoczka i zabrał troche jego krwi. Zbadał ją i przystosował komore regeneracyjną Saiyanów do jego DNA. Umiał to zrobić, bo był bardzo inteligentny. Zawsze myślał racjonalnie i liczył się z poglądami innych. Wymyślił nawet własne teorie, takie jak: Saiyanie umią latać, bo wytwarzają przeciwpole magnetyczne, które ich unosi; kule ki, to nic innego, jak impulsy, które lecą do naszego mózku, wypuszczone przez inne części ciała. W sumie to nikt nigdy nie zatwierdził, anie nie zaprzeczył tym teoriom.
Tak więc smok został umieszczony w komorze regeneracyjnej, narazie nie mogło to zaszkodzić, a jedynie pomóc.
Daegurth teraz zapisał sobie, żeby później nie musiał sobie przypominać, jak ocalić smoka, gdyby miało się udać. Coś przeczuwał, że smok zostanie ocalony, choć nie wiedział dlaczego...
Zapisał na kartce wszystko, co trzeba zrobić, po kolei i przeczytał pare razy. Potem miał ją spalić, ale zapomniał, wsadził tylko pod zbroje.
Daegurth leciał półtora dnia bez problemu, aż zobaczył, że wielki meteoryt zmierza w tym samym kierunku, co On. Patrzy, a meteoryt się otwiera, jak statek kosmiczny i wylatuje kilka mniejszych statków w jego kierunku. Zabrały go do meteorytu, gdzie wyszedł już sam.
Zobaczył tam dziwne istoty w purpurowych pancerzach. Na samym końcu, w następnej sali, przez drzwi widać było przywódce tych istot. Tam właśnie został zaprowadzony Daegurth.
- Kim jesteś słabeuszu? - został zapytany Daegurth przez przywódce
- Nie wiem Panie, co mam rozumieć pod słowem "słabeuszu", ale skoro tak Mnie nazywacie, to niech będzie. Jestem Słabeusz - powiedział Daegurth
- Prawie śmieszne beznadziejna istoto! - zdenerwował się władca - Ja nazywam się Herlin i jestem przywódcą Helonoidów. Chciałbym wiedzieć gdzie leciałeś.
- Wracałem na ojczystą planete, Vegeta, Panie - powiedział Daegurth
Rozległ się głośny śmiech tyrana i ciche chichoty licznych żołnieży.
- Też tam zmierzamy, właśnie zamierzamy ją zniszczyć! - powiedział tyran Herlin
- Zniszczyć? - Daegurth rozejrzał się wkoło - Przecież Ja sam zabije ok. 15 Twoich ludzi, a wcale nie jestem silny na Mojej planecie.
- Tak? Zobaczymy! - tyran kiwnął głową do jednego ze swoich dowódców - Zbierz 5 najlepszych żołnierzy i wraz z nimi masz zabić tego Słabeusza!
- Tak jest - odpowiedział dowódca
Zebrał szybko pięciu żołnieży i otoczyli Daegurtha. Zrobili wogóle więcej miejsca inni, odsunęli się, by nic Im się nie stało. Żołnierze, którzy staliwokół Daegurtha byli uśmiechnięci, cieszyli się, że zawalczą i pokażą mu jacy są silni.
- Rozpoczynać! - powiedział Tyran
- A Mi się nie chce walczyć - powiedział Daegurth
- To daj się zabić, proste! - powiedział dowódca wyznaczony do zabicia Daegurtha
- No, bez przesady, aż taki miły dla Was nie będe - powiedział Daegurth
Nagle ze wszystkich sześciu stron rzucili się na Daegurtha, który uniknął przed każdym. Był tak atakowany, ale ciągle unikał, jakby był ultra szybki.
- Może jeszcze kogoś przydzielisz Herlinie? - zapytał Daegurth
- Jak śmiesz do Mnie mówić po imieniu!?! - powiedział Herlin i spojrzał na drugiego dowódce, który wraz ze swoją piątką ruszył na Daegurtha
Ta dwunastka sprawiała mu już małe problemy. Oprócz unikania musiał czasem siię blokować rękami i nogami, ale to nie dziwne, w końcu ich było dwunastu, bezproblemowo zakryli całego Daegurtha. W końcu zobaczyli, że coś uderzają nareszcie, więc zaczęli uderzać najszybciej jak się da. Później, gdy poczuli, że to coś się już nie rusza odskoczyli, patrzą, a tam jeden z ich żołnieży(nie z dwunastki, która walczyła!), a Daegurth stoi i się śmieje daleko, gdzie znajduje się pierwszy rząd Helonoidów.
- Teraz Moja kolej, przykro Mi - powiedział Daegurth, po czym ruszył na przeciwników
To nie było zwykłe poruszenie się na przeciwników, Daegurth leciał nisko nad ziemią, nikt nawet nie zauważył, jak znalazł się po drugiej stronie statku w postaci meteorytu. A co się stało z dwunastką, z którą walczył? Właśnie ich resztki było widać na podłodze w gigantycznej kałuży krwi!
Tyran był naprawde zaskoczony siłą Saiyana. Wg niego było to naprawde potężne, sam w życiu tylko raz tak walczył, a jego ludzie nie dorównują mu nawet w połowie. W takim wypadku wiedział, że nie ma szans teraz przeprowadzać inwazji na planete Vegeta. Teraz miał większy problem, co zrobić z tym Saiyanem?
Kazał wszystkim ludziom atakować tego "słabeusza", wszyscy pięknie posłuchali, rzucili się jak na rzeź. Ginął jeden za drugim, a po nim kolejni. Ginęli tak szybko, że każdy następny miał na sobie plame świerzej krwi poprzednika. Tak zginęła jedna dziesiąta część armii tyrana Herlina. Później Herlin nie mógł już na to patrzeć i sam wziął się do roboty.
Zrzucił noszony do teraz płaszcz i skoszył w strone Daegurtha, który uniknął pierwszy atak, ale ugiął się pod następnym. Potem tyran wydał serie uderzeń na Daegurtha, ostatnie uderzenie, najmocniejsze, zatrzymało Daegurtha na ścianie. Daegurth widział, że tyran się zbliża, więc uniknął szybko i teraz blokował się przed ciosami. Widział, że ma przed sobą godnego przeciwnika. Starał się wywalczyć jakąś przewage, ale nie mógł. Po chwili poczół, że coś uderzyło go z tyłu - to ludzie tyrana, którzy mu pomogli. Tyran lekko się uśmiechnął i uderzył kolanem w głowe(brode) Daegurthowi. Krew poleciała Mu z ust, zamknął na chwile oczy i padł na ziemie. Został jeszcze raz potężnie uderzony przez tyrana w brzuch.
- I co? Nadal twierdzisz, że nam się nie uda!?! - zapytał tyran pytaniem retorycznym
Po tym pytaniu Daegurth zobaczył twarz Ledora i jedynej kochanej mu kobiety, Fireth. Po tym otworzył oczy i szybko wstał.
- Tak, nadal tak twierdzę! - powiedział Daegurth i złożył obie ręce obok głowy
Obok głowy Daegurtha pojawiała się najpierw jakaś aura, między jego rękami. Później zajwiła się tam kula, a aura pokryła całę jego ciało. Wtedy to wyprostował ręce i zawrzeszczał: "Garlick gun fire!". Ogromna fala energii leciała wprost na tyrana. Herlin był przerażony, wiedział, że ta fala go zabije, a nie chciał umierać, jednak nic nie mógł zrobić. On nie.
Nagle wiele żołnieży rzuciło się w obronie swojego pana, samemu oddając życie. Jednak zderzenie się z nimi fali spowodowało potężny wybuch, większość ludzi(połowa armii) tyrana zginęła, tyran zaś był strasznie wykończony. Daegurth zaczął uciekać stamtąd na swój statek. Chciał uciec, to dla niego jedyna szansa. Gdy wsiadał do statku dostał potężnym, cienkim promieniem od Herlina prawie w serce. Helrin nie mógł już dogonić Daegurtha, a ten powoli wszedł na statek. Nacisnął pare przycisków i zrobił dziurę w kadłubie statku-meteorytu specjalną bronią laserową.
- Jeszcze podbijemy tą planete! - zawrzeszczał tyran z bardzo daleka - Nie podbijemy, zmieciemy!
Daegurth włączył statek i szybko wyleciał. Zaczął strzelać do statku-meteorytu laserem, ale okazał się bezskuteczny gdy strzelał od zewnątrz statku. Musiał mieć bardzo dobre osłony.
Zaobaczył jak statek zmienia kurs i leci w całkiem inną strone. Sam więc włączył kurs na planete Vegeta z automatycznym lądowaniem. Zaraz po tym padł na ziemie i leżał z raną obok serca...
Dziwnym sposobem, po przelocie kilku godzin Daegurth się ocknął. Życie trzymało się go bardzo mocno. Widział już niedaleko planete Vegeta, wkrótce na niej wylądował, obok domu Ledora i Fireth. Po wylądowaniu leżał jakieś pięć minut, aż przyszła na statek Fireth wołając: "Nareszcie!". Jednak to co zobaczyła, bardzo ją przeraziło.
Osoba, którą tak bardzo kocha leży na ziemi i właśnie się wykrwawia. Do tego uśmiecha isę do niej i mówi: "Cześć Fireth". Fireth odrazu podbiegła do Daegurtha i przytuliła go.
- Widzisz - powiedział Daegurth - Jednak przyleciałem w ciągu tych dwóch dni...
- Nic nie mów - powiedziała Fireth płacząc - Prosze, nic nie mów!
Daegurth tylko się uśmiechnął.
- Żegnaj Moja jedyna miłości, Fireth. Będe na Ciebie czekał! - powiedział Daegurth
Po tych słowach zemdlał, jeszcze nie umarł. Życie naprawde się go bardzo mocno trzymało. Już stracił tyle litrów krwi, a wciąż mógł mówić, co więcej jego serce tłoczyło wciąż resztki krwi. W momencie kiedy zemdlał zza jego zbroi wypadła karteczka. Fireth ją podniosła i przeczytała płacząc. Wiedziała już co ma zrobić...
Wzięła ręke Daegurtha, narysowała nią coś na ziemi i wskazała nią na małego smoczka. Wtedy to smoczek zniknął i pojawił się mały tatuaż w kształcie czerwonego smoka na jego prawym ramieniu. Zaraz po tym zaczął znikać, wtedy Fireth wciąż płacząc wypowiedziała sekwencje słów napisaną na kartce i chwyciła Daegurtha za głowę obiema rękami. Wtedy to jego ciało znikło całkowicie.
Wtedy wbiegł Ledor. Nie widział co się stało, Fireth nigdy mu nie powiedziała. Zobaczył tylko plame krwi, pomyślał, że Daegurth zginął wcześniej, gdzieś w przestrzeni kosmicznej...
Odprawiony został pogrzeb Daegurtha(Ledor nic nie wiedział). Niedługo później(miesiąc) Fireth wzięła prawny ślub z Ledorem i po pierwszym dniu spodziewali się dziecka. Po dziewięciu miesiącach na świat przyszły bliźniaczki, Daegurth i Bart. Pierwsze dziecko, Daegurth miało na ramieniu małego czerwonego smoka. Drugie Bart urodziło się normalnie, lecz to po jego porodzie umarła Fireth. Czy to była jednak jego wina? Nie, to przez zastosowanie nikomu nigdy nie znanej techniki, techniki którą opracował kiedyś Daegurth. Techniki, która dopiero teraz zabrała życie Fireth...
Add On: Historia Daegurtha do momentu pierwszego spotkania z Bartem
Daegurth stracił pamięć - rozpoczął nowe życie. Na początku był jak każde dziecko - mały rozwydrzony bachor, jednak w wieku czterech lat był już bardzo inteligentny. W wielu sześciu lat wyruszył na misje, z której już nie wrócił na ojczystą planete. Wylądował na Ziemi, gdzie zamieszkał. Długo tam trenował, do dziewięciu lat. Potem latał po różnych planetach, by pozwiedzać. Wtedy to właśnie odwiedzał planety z zaawansowaną technologią i nauczył się jak konstruować urządzenia. W połączeniu z jego wrodzonym talentem było to świetne. W ten sposób powstał np.: Jego pamiętnik, mapa wszechświata i inne.
Spowrotem wrócił na ziemie w wieku lat 15, kiedy to zbudował zbroję, która zabrania wydostawać się jego energii. W wieku lat 16 i pół spotyka pierwszy raz Barta, gdy to wyrzuca go z odchłani śmierci, a sam w nią wpada... A co dalej? To już można dowiedzieć się w odcinkach następnych(które dopiero powstaną!)
Podoba się special? Mam nadzieje, że tak, bo pisałem go przeszło dwie godziny! ^^ XD







