[FanFick] Saiyan Power Forces

Jeśli stworzyłeś coś ciekawego i chcesz się tym podzielić, zamieść swoją pracę w tym dziale.

Moderator: Moderatorzy

Czy podoba Ci się Mój FanFick?

Tak, cały jest fajny!
23
66%
Poszczególne odcinki(odpowiedź w poście)
1
3%
Nie, coś Mnie wogóle do niego nie ciągnie...
0
Brak głosów
Nie czytałem
8
23%
Jest beznadziejnie beznadziejny! Po co wogóle go piszesz!?!
3
9%
 
Liczba głosów: 35

Awatar użytkownika
SonGohan
Golden Oozaru
Posty: 205
Rejestracja: wt sty 02, 2007 9:41 pm
Lokalizacja: Stalowa Wola/Madrid

Post autor: SonGohan »

nawet dobre... 8/10 :roll:
Zumo de uva a base de concentrado esta enriquecido con vitamina C.
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Mark pisze:a no właśnie ile % odcinka skończyłeś Dae?
Hmmm, niech pomyślę... Jakieś 65%, tylko, że jest to porównywalnie tak długie, jak trzy poprzednie odcinki razem wzięte, or something... ^^

Ale dobra, żeby niebyło żadnych niezrozumiałości - ja wciąż piszę, ale na swoim kompie, gdzie jeszcze nie ma neta. Jak będe miał neta to skończę odcinek i umieszczę, chyba, że miałbym nie mieć - to postaram się szybko umieścić.

Dziękuję wszystkim za cierpliwe czekanie!
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
AnimKing
SSJ 5
Posty: 685
Rejestracja: czw lis 23, 2006 12:07 pm
Lokalizacja: z domu

Post autor: AnimKing »

noo ale szybko Dae.Wchodze na Forum Tylko By Poczytać Twojego Fanficka ;p Za Tego Posta u Góry Daje 3,5/5 :mrgreen: A Tak Na Serio Już Jest 5 Lipiec ;p ile jeszcze Zostało ?? 10 % ??
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Odcinek jest przedłużany i przedłużany. W tym momencie powinien zajmować trzy posty forumowe, bo wiadomo, że istnieje limit znaków, więc... Będziecie mieli co robić! A działo się bęeeeeeeedzie.

Tylko kto to przeczyta ? xP
Kris
Ostatnio zmieniony ndz lip 22, 2007 3:24 pm przez Dae, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Pitti
SSJ 5
Posty: 2676
Rejestracja: wt kwie 24, 2007 11:05 am

Post autor: Pitti »

Dae pisze:Tylko kto to przeczyta ? xP
Kris
Ty i ja XD
Obrazek

I'll become The King of Pirates!
Awatar użytkownika
Dyninio
Wojownik z Kaioukenem
Posty: 34
Rejestracja: czw lut 15, 2007 2:33 pm
Lokalizacja: ZaDupia

Post autor: Dyninio »

Noi oczywiscie Ja ;] Sobie troche czasu wieczorem zarezerwuje na przeczytanie bo zapowiada sie ze dluuuuugi bedzie :P
Awatar użytkownika
krova
SSJ 5
Posty: 1746
Rejestracja: pn sie 14, 2006 11:38 am
Lokalizacja: szczytno

Post autor: krova »

Świetny fick.
Obrazek

-Jest jakaś miara szczęścia?
-Tak, promile.

Obrazek
Awatar użytkownika
Barni
SSJ 5
Posty: 2999
Rejestracja: sob kwie 21, 2007 4:38 pm
Lokalizacja: Golina City

Post autor: Barni »

A można się jeszcze zgłaszać ?:]
Obrazek

.
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Tak, tak, tak.

W tym momencie przyjmuje nieograniczoną ilość zgłoszeń, kto chce, niech napisze formularz zamieszczony na pierwszej stronie tego tematu.


I mam wiadomość dla wiernych fanów! Ostatnio, jak sprawdzałem jaki długi jest najnowszy odcinek, wyszło, że zajmuje 56 stron A4 przy czcionce chyba 12, jeżeli się nie mylę :P Czyli trochę tego jest! Będziecie mieli co robić, bo zajmuje już trzy posty i jeszcze troche!
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Dyninio
Wojownik z Kaioukenem
Posty: 34
Rejestracja: czw lut 15, 2007 2:33 pm
Lokalizacja: ZaDupia

Post autor: Dyninio »

Zebrac wszystko odcinki to by wyszło pare niezłych tomików opowiadania :P
Moze sprubuj gdzies to wyslac ,np: jako kontunuacje DB :twisted:

[ Dodano: Nie Sie 05, 2007 10:49 pm ]
Dae bedziemy mogli przeczytac cos w wakacje chociarz :D

Bys jaki fragment dal chociarz zeby apetyt zrobic ;]
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Hmmm, więc jest to najdłuższy odcinek. Będzie w nim bardzo wiele walk, jak i nieco spokojniejszych akcji, staram się często opisywać wszystko dokładniej. Już za niedługo planuje skończyć ten odcinek, obecnie mieści się chyba w pięciu lub sześciu pełnych postach, czyli trochę tego jest...

Małe zapowiedzi:

- Więcej postaci - zarówno bohaterów, którzy wysłali zgłoszenia, jak i wymyślonych przeze mnie
- Coraz więcej informacji na temat "Pierwiastka", o którym do teraz nie było mowy
- Zaskakujące biegi akcji
- Pokaz prawdziwiej siły wszystkich postaci
- Trochę śmiechu

- Prawdziwa Inwazja
- Zakręcone i pokręcone historie
- Prawdziwy labirynt przeróżnych słów i układanek
- Zagadki i wiele innych!

Jak dobrze pójdzie, to do jutra skończe odcinek i wyślę, czyli już za niedługo! Radujmy się, nareszcie go zobaczycie!
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Pitti
SSJ 5
Posty: 2676
Rejestracja: wt kwie 24, 2007 11:05 am

Post autor: Pitti »

Dae pisze:Hmmm, więc jest to najdłuższy odcinek. Będzie w nim bardzo wiele walk, jak i nieco spokojniejszych akcji, staram się często opisywać wszystko dokładniej. Już za niedługo planuje skończyć ten odcinek, obecnie mieści się chyba w pięciu lub sześciu pełnych postach, czyli trochę tego jest...

Małe zapowiedzi:

- Więcej postaci - zarówno bohaterów, którzy wysłali zgłoszenia, jak i wymyślonych przeze mnie
- Coraz więcej informacji na temat "Pierwiastka", o którym do teraz nie było mowy
- Zaskakujące biegi akcji
- Pokaz prawdziwiej siły wszystkich postaci
- Trochę śmiechu

- Prawdziwa Inwazja
- Zakręcone i pokręcone historie
- Prawdziwy labirynt przeróżnych słów i układanek
- Zagadki i wiele innych!

Jak dobrze pójdzie, to do jutra skończe odcinek i wyślę, czyli już za niedługo! Radujmy się, nareszcie go zobaczycie!
:D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D RADUJMY SIĘ!! XD. Ciesze się Dae, że niedługo się pojawi odcinek, ponieważ świetnie piszesz :D, uwielbiam Twoj ff i nie mogłem doczekać się nast. odcinka xDDD
Obrazek

I'll become The King of Pirates!
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Rozdział XXXXX - Ragh nar Rogh - part III

Daegurth otwarł oczy i zaczął się krztusić, obrócił głowę w lewo, żeby wypluć ślinę, ale pech tak chciał, że leżał po lewej stronie łóżka, dlatego przechylając się stracił równowagę i upadł na podłogę. Przeklnął po cichu podnosząc się powoli, usiadł na łóżku, po czym przechylił się do tyłu, żeby leżeć.
"Wszystko mnie jeszcze boli, już zapomniałem jak to jest korzystać z mojej energii bez żadnej pomocy Drake..." - pomyślał chłopak zamykając oczy. Ziewnął, nie był już senny, ale nie miał sił wstać. Bolały go wszystkie mięśnie i kości. Jednak nie żałował, ani przez moment nie żałował tego, iż wzmocnił pieczęć trzymającą smoka w jego ciele. Choć nie wiadomo skąd wzięły się te nagłe myśli, wprost wrzeszczące różne wulgarne słowa. Ciężko mu było, bardzo ciężko. Drake i Daegurth byli przez długi czas niemalże jedną osobą, ich energia się przeplatała, teraz zaczęły ze sobą walczyć, na ten czas, kiedy pieczęć będzie działać. A sam Daegurth wiedział już ile to będzie trwać... Jeszcze nigdy nie widział, by zawiodła, myślał więc, że już nigdy nie będzie jak wcześniej.
"Cholera..." - pomyślał Daegurth - "Nie miałem pojęcia, że... Zbliża się czas, czuję to. Koniec nieunikniony, dziwne uczucie, może kilkanaście godzin, w najlepszym wypadku kilka dni. A ja? Bezradny, bezsilny, bezczynny... Na około miesiąc... Moje ciało, bez mocy Drake'a, nie regeneruje już się tak szybko jak kiedyś. Cholera!". Saiyan zacisnął zęby i mocno ścisnął pięść. Po jego policzkach chciały płynąć łzy, jednak oczy Daegurth'a były takie suche. Znów czuł się bezradny, tak jak wtedy... Zamknął oczy rozluźniając się - nie miał siły nawet zaciskać zębów.

"Co robić?" - zapytał sam siebie - "Czyżby wszystko poszło na marne? Midri? Tewry? Derith? Roth? Mistrzowie? Nauczyciele? Wszystko!?! W tym stanie nawet nie mogę otworzyć przejścia dla mnie, co dopiero dla nich..." - obrócił głowę w stronę zamkniętych drzwi do jego pokoju otwierając oczy. "Oni nie zasługują na śmierć... Prędzej już mi ona przypada..."
Saiyan podniósł ręke do góry, w stronę sufitu, wbijając w niego wzrok. Nagle ta opadła... Bezsilność, strach, przerażenie - wszystkie te uczucia malowały się w oczach Daegurth'a nie mogącego zrobić absolutnie nic. Leżał więc nie myśląc o niczym, jakby był w całkiem innym miejscu, do którego nikt nie ma wstępu.

Nagle otwarł oczy. "Kur*a mać! Mieć to gdzieś, jeszcze żyję, więc mogę wciąż coś zmienić!". Wstał momentalnie, podniósł ręke mówiąc "Yeah!", po czym nagle upadł na łóżko... "No nie, strata energii... Świetnie, normalnie super. Ale jest sposób, jeżeli przejdę test w tym momencie, to mogę się do czegoś przydać"

[center]***[/center]

- Ała... - powiedział cicho Bobercik podnosząc nogę tak, aby mógł częściowo zobaczyć stopę. Czuł lekki, ale przeszywający ból, dlatego dokładnie ją zbadał wzrokiem. Zobaczył niewielki kawałek metalu wbity tuż przy pięcie. Wcześniej nie czuł nic, poczuł dopiero teraz, choć ślady krwi co kilka metrów wskazywały na to, że już dosyć dawno się skaleczył.
Rauko zbadał pokój dziwnym wzrokiem. "Cholera, nie zauważyłem że krwawi... Mam nadzieję, że nikt nas nie śledził"
Skaleczony w nogę natychmiast ją opatrzył, nie miał zamiaru tracić więcej krwi.
- Kris i jak tam miecz? - zapytał Bart, by przerwać ciszę
- Szkoda gadać... Wciąż nie mogę go używać, choć jak widzisz, mam go na plecach - wyjaśniał Kris - Nawet nie wiem co zrobić, by wreszcie móc go zobaczyć...
- Albo przyjdzie z czasem, albo wogóle - powiedział Rauko
Wszyscy na niego się popatrzyli. Takie persony jak Honou, czy Sesshomaru niezbyt znały Rauko, dlatego dziwiły się skąd się wziął i dlaczego tak wiele wie.
- Dyninio - zawołał cicho Adrian
Zawołany się odwrócił i podszedł do przyjaciela.
"Coś jest nie tak" - powiedział po cichu Adrian - "Czujesz to?"
"Nie" - odpowiedział - "Nic a nic, może ci się wydaje?"
"Niemożliwe..." - wyjaśnił Adrian - "Tyle się wczoraj namęczyłem, że..."
- No właśnie, zmęczyłeś się, też musisz się przespać - powiedział Dyninio
Adrian westchnął. Faktycznie, możliwe, że przez przemęczenie wyczuwał dziwną, ledwie widoczną energię

[center]***[/center]

W pokoju, na wysokości półtora metra, wisiały miliony malusieńkich kulek. "Skup się!" - mówił sobie na duchu Daegurth. Nagle wszystkie niewielkie światełka poleciały w jedno miejsce formując coś na wzór trójwymiarowego obrazu. Saiyan wciąż leżał na łóżku, nawet wystrzeliwując kulki ledwie się ruszył. Teraz przybierały one kształt.
Uformowały mniejszego Daegurth'a, który zaczął tańczyć w powietrzu robiąc czasem niesamowite akrobacje. "Męczące to..." - pomyślał prawdziwy Daegurth trzęsąc prawą ręką - "Ale coś męczącego to za mało, by mnie pokonać!".
Nagle obrazek Daegurth'a zniknął, a kulki przybrały inny kształt. Stworzyły całe miasto, ludzi chodzących we wszystkie strony, budynki, samochody, kosze na śmieci, drzewa, chmury i wiele więcej. "No, to jest dopiero męczące..." - pomyślał Saiyan, a na jego czole pojawiła się kropla potu. Nagle wszystkie kulki rozpłynęły się w powietrzu. - "Test zdany, mogę próbować... Choć całkiem niewiele mi się uda, lepiej jednak jeszcze trochę poleżeć. Godzinkę, może pół, teraz nawet Relena by mi nakopała... Właśnie, gdzie ona jest?"

[center]***[/center]

- Małgosiu - powiedziała Relena stojąc przy stacji autobusowej - Czy napewno nic im się nie stało?
- Nie wiem, ale skoro był tam Bobercik i Dyninio, to raczej nie... - niepewnie powiedziała Małgorzata
- I tego właśnie się boję - powiedziała Relena - A pamiętasz co mówił tamten Saiyan? Ten, jak mu szło...?
- Daegurth? - zapytała Małgorzata domyślając się o kogo chodzi
- No właśnie - potwierdziła Relena - Jak on to mówił... "Jeżeli ktoś z nich miałby zginąć, to będe to ja"?
- Tylko jak on może być kimś z nich? - zapytała Małgorzata - Przynajmniej był słodki ^^
- No i trochę mądry... Czy na pewno ich obronił? - zapytała Relena - Tak jak obiecywał?
- Musiał, a wiesz dlaczego? - zapytała Małgorzata
- Jasne, przecież dał nam tą kartke, która... - ciągła Relena
- Ciii, nie każdy musi wiedzieć, że można go obezwładnić przy jej pomocy - powiedziała Małgorzata szeptem - Ściany mają uszy
- Mają - powiedział mężczyzna podchodząc bliżej obu dziewczyn.
Obie naraz odwróciły wzrok w jego stronę nieco się przerażając. Miał niedługie brązowe włosy z przyciemnionymi końcówkami, wiele blizn na twarzy, która wyglądała strasznie. Podchodząc do obu dziewczyn wyciągnął zwinnie schowany w rękawie długiej bluzy nóż.
- Oddajcie tą kartkę, a może nic wam nie zrobię - powiedział patrząc na nie z góry, był bowiem od nich o wiele wyższy - Może... - powtórzył, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech
Na szczęście nie były to jedyne osoby w pobliżu, oprócz trzech osób które były na przystanku byli jeszcze przechodni. Jeden z nich był naprawde odważny, widząc mężczyznę wymachującego nożem przed dwiema cofającymi się kobietami podbiegł natychmiast.
- Jakiś problem? - zapytał chłopak, widać, że niedawno osiągnął pełnoletność, jednak wyglądał już na dość dobrze wyprawionego w boju, jakby był żołnierzem
- Nie twoja sprawa, cofnij się jeżeli nie chcesz, by stała ci się krzywda - powiedział mężczyna, a z jego twarzy zniknął szyderczy uśmiech
Patrzyli sobie przez moment w oczy, chłopak chcący pomóc co chwilę zerkał na dwie dziewczyny , które nie mogły się zdobyć nawet na krzyk ze strachu, bały się, że jeżeli zaczną teraz uciekać to może coś stać się chłopakowi, który ruszył im na pomoc. Co mogą zrobić?
- Jaknajbardziej moja - powiedział chłopak - Odejdź, albo będziesz stąd musiał uciekać
"Cholera" - pomyślał po wypowiedzeniu tych słów - "Nie wygląda na takiego, co ucieka. Do tego ten nóż... Trzyma go niemal tak jak na treningach do CQC, wygląda na to, że jest to jakiś agent... Gdybym wiedział gdzie pracuje to może miałbym jakieś szanse, bo jeżeli to CQC to nie będzie łatwo..."
- Jesteś bardzo twardy w gębie - powiedział mężczyzna, po czym spojrzał jeszcze raz młodszemu od siebie w oczy, w których widocznie malowała się złość - Spier*alaj pókim miły!
"Hmmm, to raczej nie jest agent, chyba, że po służbie... Weteran wojenny? Nie, do tego te dziwne oczy... Cholera, przynajmniej jestem prawie pewien, że to nie CQC" - pomyślał chłopak lekko przymykając oczy
- Za nisko mnie cenisz - powiedział chłopak - A miły to może i jesteś, ale twój nóż niezbyt.
- Działasz mi na nerwy - odezwał się mężczyzna z nożem w ręku wzdychając - Skoro aż tak chcesz umrzeć, to niech będzie!
Doskoczył do chłopaka, machnął nożem. Małgorzata i Relena nie wiedziały za bardzo co robić, ta druga złapała momentalnie kamienia i rzuciła w stronę mężczyzny.
Polała się krew, strumień krwi zabarwił część chodnika. Gdy Relena spojrzała na to co się stało po rzucenia kamienia zobaczyła, że mężczyzna go złapał i rozkruszył w ręce.
"Cholera, co to było!?! - zadał sobie w myślach pytanie chłopak trzymając się mocno za rozcięty brzuch, z którego leciała krew - "Odskoczyłem, a on i tak trafił... Jak!?!". Mocno się zdziwił, gdy zobaczył nóż mężczyzny stojącego przed nim. Wydłużył się, wyglądał teraz zupełnie jak miecz. Na jego oczach zaczął się kurczyć, coraz to bardziej skracać i skracać aż do rozmiarów noża.
- I po co to było? - zapytał mężczyzna patrząc na lekko zakrwawione ostrze noża.
"Masz pecha stary" - pomyślał chłopak - "Nie znasz CQC, więc...".
Ruch, który jednak został złapany przez czujne oko mężczyzny z nożem. Nagły, szybki, a jednak nieco zbyt wolny. Chłopak wyciągnął w ułamku sekundy pistolet ręczny zza pasa, po czym wystrzelił w stronę mężczyzny przed nim cały magazynek. Dziwił się ogromnie widząc, jak ten precyzyjnie i pewnie macha nożem przed sobą zatrzymując każdy pocisk. Pistolet wreszcie wydał z siebie cichy odgłos - brak amunicji w magazynku.
- Kim... Kim ty do cholery jesteś!?! - zapytał zdziwiony chłopak patrząc mężczyznie w oczy
- Nie twój interes - odpowiedział - Zresztą po co to wiedzieć nieboszczykowi?
- Ale ja jeszcze... - nagle chłopak przerwał swoją wypowiedź krzykiem.
Mężczyzna tak szybko się ruszył, że ledwie chłopak go zobaczył. Nie zdąrzył uniknąć przed atakiem, jedyne co zrobił, to krzyknął z bólu.
- Już nie żyjesz, tylko o tym nie wiesz - wyjaśnił mężczyzna - Zawsze ktoś musi się wpieprzyć... A naprawde nie chciałem cię zabijać, trudno...
Podniósł lewą ręke do góry, złapał nadlatującą rurkę, pociągnął lekko wyrywając ją Małgorzacie z ręki.
- Już do was wracam, poczekajcie jeszcze przez chwilkę - poprosił niby to grzecznie mężczyzna

Relena i Małgorzata były przerażone, nie wiedziały jak sobie poradzić z kimś takim, jak ten mężczyzna... Może gdyby uważały wtedy, gdy Daegurth im wyjaśniał jak uniknąć zagrożenia, w jaki sposób walczyć, by wygrać bez walki lub w ostateczności co robić by uniknąć śmierci...
- Może oddajmy mu tą głupią kartkę! - rzuciła cicho do Releny Małgorzata
- I skażemy Daegurth'a na cierpienie? Lub na śmierć? - zapytała Relena
Małgorzata opóściła głowę w dół, przymykając nieco oczy. Nie wiedziała co robić.
- Chociaż to chyba lepsze od śmierci nas oboje - podsumowała Relena - Wkońcu nie chce umierać...
Zamknęła oczy. Nagle błysnęła jej myśl, a raczej przypomniała sobie coś...

"Aha i jeszcze jedno" - powiedział Daegurth - "Jeżeli miałoby się dziać coś złego... Macie ten zwój, otwórzcie go i rzućcie w powietrze"
"A co on robi?" - zapytała Małgorzata
"Czasem ratuje życie" - odpowiedział Saiyan nie chcąc ujawniać szczegółów

- Małgosiu, masz ten zwój!?! - zapytała cicho Relena koleżankę
- Jaki zwój!?! - odpowiedziała Małgorzata z przerażeniem w oczach
- Ten, który Daegurth dał nam, co niby miał ratować życie - powiedziała Relena
Twarze obu dziewczyn pojaśniały, w ich oczach widać było iskierkę nadziei. Dziewczyna przypomniała sobie o zwoju, natychmiast sięgnęła ręką do torebki.
- To jak się go używa? - zapytała Małgorzata
- Daj to! - zawołała Relena wyrywając zwój z ręki koleżanki
Mężczyzna słysząc, że dziewczyna podniosła głos obrócił głowę tuż przed zadaniem ostatniego ciosu chłopakowi. Relena pewnie pociągła pergamin rozwijając zwój, tuż po tym wyrzuciła go do góry, w powietrze. Ten nagle pokryła mgła... Z której wypadł Daegurth, stanął prosto i się rozejrzał.
"Kto to jest?" - zdziwił się mężczyzna trzymając chłopaka za szyję, a jednocześnie przy pomocy drugiej ręki mierząc mu w głowę sztyletem.
- Daegurth? - zapytała niepewnie Relena
"Więc to jest Daegurth!?!" - zdziwił się mężczyzna szeroko otwierając oczy - "Gdybym go spotkał miałem uciekać, taki był rozkaz... Myślą, że sobie z nim nie poradzę? Tu się mylą!"
- Relena i Małgorzata, zamknijcie oczy i nie otwierajcie ich cokolwiek by się działo - powiedział Saiyan
"Ty też je zamknij, natychmiast!" - rozkazał klęczącemu chłopakowi.
Krzyk, który nagle ucichł. Nic więcej, pustka. Słychać czyjeś kroki.
- Możecie otworzyć oczy - powiedział Saiyan
Relena i Małgorzata, jak i chłopak leżący teraz na ziemi, wodzili wzrokiem szukając chcącego ich niedawno zabić mężczyzny.
- Gdzie on jest? - zapytała Małgorzata - Zabiłeś go?
- Gorzej, w każdym razie nie sprawi już kłopotów - powiedział Saiyan
- Daegurth, a skąd się tutaj wziąłeś? - zapytała Relena - Śledziłeś nas, czy jak!?!
- Ależ skąd - oburzył się nieco Daegurth, posądzony o taką rzecz... - Ja tylko dbałem o wasze bezpieczeństwo
- I za nami poszedłeś! - zawołała Relena
- Nie, zrobiłem klona i zamknąłem go w zwoju, stąd tutaj jestem - wyjaśnił klon
"Klona? O czym on wogóle mówi?" - zadawał sobie w myślach pytania chłopak leżący na ziemi. Saiyan podszedł pod niego, obrócił go i przesunął nad jego brzuchem obie ręce, powoli. Rany na jego ciele natychmiast zaczęły się goić, w mgnieniu oka przestał czuć ból. Wtedy Daegurth podszedł do Releny mówiąc: "Zaraz zabierzesz spowrotem". Zrobił znak mówiąc cicho "Kagebunshin no jutsu". Obok klona pojawił się następny. Jeden z nich wziął leżący na ziemi zwój i zaczął po nim coś pisać. Potem robił jakieś znaki. Został tylko jeden klon, drugi zniknął, a zwój się zwinął. Podał go Relenie, po czym i ten klon zniknął, tylko że ten w najnormalniejszy sposób.

"Co to było!?!" - zdziwił się chłopak wstając. Spojrzał w dół, jego ubranie, a nawet przypięty do pasa nóż były rozcięte wpół, jednak nie czuł bólu, a gdy odsunął ubranie zobaczył jedynie niewielką bliznę.

[center]***[/center]

"Więc to tak... Dobrze, że im się nic nie stało" - pomyślał Daegurth czując się od razu lepiej. Część jego energii wróciła bezpośrednio do niego, każdy klon cienia znikając wraca wszystkie doświadczenia do oryginału. Jest to niewątpliwa zaleta klonów cienia, a nie tylko i tych. Inne klony też mają podobne właściwości, choć nie koniecznie identyczne.
"Cholera... Ku*wa mać! Czemu zawsze muszę mieć rację i trafić w najgorszy scenariusz..." - myślał obracając się nerwowo w bok na swoim łóżku. Gdy to zrobił cicho zajęczał i zaklął pod nosem - "Ktoś mnie szuka, tak jak myślałem. Nie przebiera w środkach, pragnie najłatwiejszego sposobu na dorwanie mnie - uderza w najsłabsze punkty, jednak to tylko pozór, gdyż nic nie wie. Na szczęście...". Saiyan nerwowo obrócił się na drugi bok, tym razem jednak nieco uważał, by sobie czegoś nie zrobić, jak poprzednio. Odetchnął z ulgą, gdy mu się udało. Powoli zamknął oczy i je otworzył. Widać było w nich strach i bezradność. "No i znów te dziwne motylki... Ku*wa mać, nawet je*ane myśli mi się plączą... Niech to szlag..." - ciągnął dalej w myślach - "No i nawet nie mam się na kim oprzeć, jak zwykle... Pora wstawać, staruszku, oni na ciebie liczą... Wszyscy... Nie możesz zawieść ich, a w szczególności tych, którzy...". Nie pomyślał dalej, przełknął głośno ślinę, bojąc się tego, co sobie przypomniał.
- To powinienem być ja... - powiedział bardzo cicho - Ja, nie oni, dlatego teraz nie zawiodę nikogo, nigdy więcej, choćbym miał... Wpaść znów w Wymiar Gnących Słów...
Obrócił się, leżał teraz na plecach wpatrując się w sufit. Przez ułamek sekundy na jego twarzy zagościł grymas bólu, choć w tym momencie nie czuł nic, co sprawiało mu ból. Były to wpomnienia, sam zwrot "Wymiar Gnących Słów" sprawiał, że serce szybciej mu biło. Tak naprawde nigdy tam nie chciał wracać.

[center]***[/center]

- Czyli mam wierzyć, że ten cały... Daegurth, jest nie z tej planety!?! - zapytał niedowierzając chłopak
Relena znów westchnęła na wznak, miała już dość przekonywania nowo spotkanej osoby, z pewnością odważnego chłopaka, do tego faktu. Małgorzata wciąż próbowała mu to wyjaśnić.
- Nie wierzysz nam? - zapytała - Faktycznie, na początku też było się ciężko z tym pogodzić...
- O czym wy wogóle mówicie!?! - wybuchnął chłopak chwytając się za głowę i chodząc w kółko, nie mogąc się opanować - Jakaś pier*olona inwazja!
Dziewczyna, która dotąd była spokojna i się nie odzywała, powoli wstała i podeszła do "bohatera", po czym dość mocno uderzyła go w twarz. Ten odleciał trochę do tyłu, po czym powoli się wyprostował.
- Dzięki - powiedział - Tego mi było trzeba
- Retal, teraz już dobrze? - zapytała zapobiegawczo Relena zaciskając pięść do kolejnego uderzenia. "Czemu nie byłam taka zdeterminowana niedawno, gdy to się działo?" pytała się nieustannie w myślach
- Macie rację, wyjaśnijcie mi jeszcze raz - powiedział Retal szeroko otwierając oczy - Jestem gotów
- Może lepiej pokażemy? - zapytała niepewnie i cicho Małgorzata
- Ty myślisz o...? - odpowiedziała Relena dziwnym głosem, po czym obie kiwnęły na "tak"
Obie dziewczyny podeszły bliżej siebie. Westchnęły niemal jednocześnie i cicho zachichotały
- Jak już wspomniałyśmy, a nie powinnyśmy, wszystko polega na Ki lub Chakrze, która jest w każdym - powiedziała Małgorzata, a Relena stała obok i kiwała głową
- Podobno to są te same energie, nie dużo miałyśmy treningu w tym zakresie, mój... kolega powiedział, że mamy uciekać, bo może się coś złego stać - mówiła dalej Relena
- Właśnie tak, słyszałeś o tym, jak mówiono o jakiejś ogromnej bestii, co ostatecznie nazwano wymysłem mieszkańców? - zapytała Małgorzata
Retal uniusł wzrok do góry starając sobie przypomnieć, po czym pewnie pokiwał głową.
- Jeszcze niedawno było o tym bardzo głośno, stało się to zaledwie kilka dni temu - powiedział
- Właśnie, tuż po tym jak wyjechałyśmy - ciągła Małgorzata
- Chyba o tym chciał nas ostrzec - powiedziała Relena, po czym zastawiła usta ziewając. Była dosyć senna
- I mam w to wszystko uwierzyć... - powiedział sam do siebie chłopak opuszczając głowę w dół - ciężko będzie, ale po tym co widziałem...
- Ułatwimy ci to! - powiedziała głośno Małgorzata wyciągając prawą ręke w stronę Releny
Koleżanka natychmiast wystawiła lewą ręke w stronę koleżanki tak, aby ich dłonie się nie zetknęły, było między nimi kilka centymetrów odległości. Nagle między ich rękami, z nikąd, pojawiła się niewielka biała kulka energii, która rzucała światło na cały poków, w którym się znajdowały.
- To jest kula ki - powiedziała Relena
- Ale dla nas jest jeszcze ciężko je robić samemu - wyjaśniałą Małgorzata - Jednak we dwie to już inna sprawa
- Skoro ta ki jest taka silna... - Zaczął rozumieć chłopak - To czemu jej nieużyłyście wtedy, na przystanku?
- Ehh... - westchnęła Małgorzata patrząc na koleżankę
- Bałyśmy się, to był pierwszy raz, gdy ktoś nas zaczepił, prócz znajomych - powiedziała Relena - Następnym razem się nie damy
- Aha i jeszcze jedno - dodała Małgorzata - Otwórz okno
Retal spojrzał niepewnie na dziewczyny, które "trzymały" w rękach świecącą kulę niepewnie, po czym poszedł otworzyć okno. Tuż po tym nieco się odsunął.
- Pięć sekund? - zapytała Relena
- Osiem, na pewno nic się wtedy nie stanie - odpowiedziała Małgorzata
"O czym one mówią?" - zastanawiał się Retal - "Całyczas jakieś nieznane rzeczy... No cóż, widocznie chcą coś pokazać".
Dziewczyny skinęły głowami do siebie po czym wyprostowały ręce w stronę okna. Kula wyleciała z pokoju w ułamku sekundy i mknęła po dziwnym, nie prostym, torze przez niebiosa.
- Raz, dwa - liczyła Małgorzata i Relena - Trzy, cztery, pięć, sześć, siedem... Osiem!
Obie na raz zacisnęły ręce w pięści, a kula przez nie wypuszczona wybuchła rzucając jasne światło na niebie. Do tego ten huk i nagły powiew wiatru, Retal otwarł oczy szeroko ze zdziwienia.
- Nie wiem co to jest... - powiedział Retal zamykając okno - Ale chce się dowiedzieć o tej całej Ki, o Chakrze... Jak myślicie, mogę jechać z wami?
- Móc, możesz, ale czy Daegurth będzie cie trenował? - Powiedziała Relena - Choć może byś się załapał na nasz poziom...
- "Wasz poziom"? To znaczy co? - zapytał Retal
- Bo widzisz, my tam jesteśmy najsłabsze... - przyznała się Małgorzata bez ogródek - Samej tej kuli uczyłyśmy się bardzo długo
- Musiałaś tak od razu? - zapytała Relena szturchając koleżankę - No, ale cóż, to niestety prawda, choć nieraz i oni dostaną po nas po buzi
- Jak to? - zapytał zaciekawiony Retal - Na przykład kogo pobiłyście
Dziewczyny się roześmiały głośno, widocznie je to rozbawiło.
- No bo widzisz, Daegurth raz od nas dostał - wyrwała się Relena
- Ale... Czy on nie jest waszym mistrzem, czy coś!?! - zapytał zdezorientowany Retal
- Tak, ale on nie chciał nas uderzyć - powiedziała Małgorzata - Raz miał niemiłą sytuację, albo pozwolić nam spaść z trzydziestu metrów na ziemię, albo nie. Wybrał tą drugą opcję, tylko że leciała tam kula Ki i nią oberwał...
- No, ale liczy się tu i teraz! - powiedziała Relena ruszając się z miejsca - Chodźmy, bo przepadnie nam autobus!

[center]***[/center]

Ziemia zaczęła się trzęść, tuż przed tym wiele osób zaczęło kręcić głowami niespokojnie, jakby coś przeczuwali. Eksplozja, potężny huk i siła światła wpadająca do rezydencji Hebrida przez wszystkie okna.

Daegurth natychmiastowo podskoczył, upadł na nogi i się przewrócił. Przeklnął znów pod nosem, bolało go wszystko, a jednocześnie czuł takie okropne zmęczenie. Ledwie zdołał się wdrapać znów na łóżko. "Cholera, liczę na was, bo nie jestem w stanie teraz nic zrobić" - pomyślał zamykając oczy.

- Co to było!?! - zapytał Bobercik starając się utrzymać równowagę
Tuż obok Hebrida przeleciał nóż, kilka centymetrów w bok i miałby dziurę w głowie. Kris podskoczył, przez co nie odczuł tak jak inni skutków trzęsienia. Rauko nawet siedząc w fotelu wyglądał na niezbyt przejętego, kiedy jego uczeń walczył o honor, starając się pokazać, że głupie trzęsienie ziemi nic mu nie zrobi.
Noga Grolyego wbiła się w podłogę, zaraz ją wyciągnął i zaczął lewitować, by przypadkiem czegoś nie zniszczyć. Adrian i Dyninio udawali, że płyną na fali przy używaniu desek surfingowych. Honou powoli odsunął się od okna i bezproblemowo szedł po pokoju. Sesshomaru podparł się o ścianę, przez co się nie przewrócił. Gorzej miał Bart, na którego wpadł Rayman, tylko przez to, że Roksia przypadkowo go uderzyła. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Bart natychmiast rozejrzał się po pokoju. "Bobercik - jest, Kris - wszystko w porządku, Groly, Sesshomaru, Rauko, Adrian, Dyninio, Rayman, Roksia, Honou, Radek... A gdzie Mark?" - myślał szybko Saiyan, po czym zaczął się rozglądać. Zobaczył przewróconą szafę, natychmiast do niej podbiegł. Wyczuwał, że jest tam Mark - nie wiedział jak, ale to wyczuł. Szybko, jednym płynnym ruchem podniósł dość ciężką szafę bez trudu, jednak nie znalazł tam Mark'a. "Gdzie on może być?" - pomyślał stawiając mebel na jego miejsce
- Gdzie jest Mark!?! - zawołał
Wszyscy zaczęli się rozglądać, gdy w tym czasie usłyszeli głośne słowa kogoś z zewnątrz.
- Szukam godnych siebie przeciwników. Niech wyjdą natychmiast, a nic się nikomu nie stanie - mówił spokojnie niesiony echem głos
Oprócz dziwnego mówcy nie było słychać nic. Nawet ptaki ucichły, ruch na ulicach jakby się zatrzymał, wszystko zamarło.
Kris doskoczył do okna, tuż obok niego Bobercik, wyjrzeli obaj na raz. Na zewnątrz stał mężczyzna w płaszczu, na jego plecach widzieli miecz. Był dość wysoki, wydawało się patrzącym, że ten nieznajomy z blizną ciągnącą się od żuchwy pod samo oko patrzy na nich.
- Jakiś pedał stoi na zewnątrz - komentował Kris nie kryjąc odrazy do mężczyzny
- Kris, widzisz to co ja? - zapytał Bobercik
Początkowo jego przyjaciel nie rozumiał o co chodzi, spojrzał na Bobercika spod oka, po czym rozejrzał się za okno. Faktycznie - dopiero teraz dostrzegł ten ogromny krater, niektóre porozrywane drzewa, które rosły niedawno obok drogi i gruzy kilku budynków.
- Trzeba się dowiedzieć kto to jest - stwierdził Kris, gdy prawie wszyscy w domu podbiegali do okien - I to szybko, bo nie wygląda na takiego, co będzie czekać godzinami
- Mark! - zawołał Bart, po czym obrócił się do Krisa - Idźcie sprawdzić kto to jest, ja poszukam Mark'a.
- Tajest! Znaczy się, dobra! - odpowiedział Kris, po czym wybiegł z domu, a zaraz za nim większość osób.
Rauko jeszcze przez chwilę siedział w fotelu. Przymknął oczy, westchnął biorąc głęboki oddech, po czym wstał otwierając je. Nie spiesząc się wyszedł przez drzwi, gdzie zastał wszystkich niedaleko mężczyzny.

"Cholera, gdzie ty jesteś!?!" - zastanawiał się Bart
- Mar... - mówił Bart, jednak coś mu przerwało.
Poczuł, jak ktoś od tyłu ciągnie go do siebie zastawiając usta. Wpadł w całkowitą ciemnię, przepadł bez śladu.

- Witam wszystkich - zaczął mężczyzna - Wiem, że wśród was są bardzo silne osoby. Ktoś z was niedawno stoczył jakąś walkę, byłem na polu bitwy, jednak już was nie zastałem, dlatego...
- Nie wiesz z kim zadzierasz - odezwał się Groly - Spadaj słabiutki Saiyanie
Nieznajomy miał już ukarać tego, który mu przerwał, jednak się powstrzymał po usłyszeniu ostatniego słowa. "Saiyanie"
- Skąd wiesz, że jestem Saiyanem, pisze mi się to na twarzy, czy jak? - zapytał
- Swój swojego zawsze... - nie zdążył dokończyć Groly, gdyż Rauko wbił mu się w słowo
- To nie jest Saiyan. Bardzo podobny, niemal identyczny. Albo jest to nowy szczep, kompletnie nowa rasa, albo mimic, podszywa się pod Saiyana. Sugerowałbym to pierwsze, bo mimic jeszcze nie widziałem w tym świecie - odezwał się mądrze chłopak
- Nie ważne kim jestem, ważne po co przybyłem - powiedział mężczyzna, choć widać było na jego twarzy wyraźne zaciekawienie - To ty wtedy walczyłeś?
- A co, jeśli tak? - zapytał Rauko
- W takim razie wyzywam cię na pojedynek, jeden na jeden, tu i teraz, żadnych zasad, wszystko dozwolone - zaproponował nieznajomy
Rauko zaczął się głośno śmiać, zastawił twarz jedną ręką, po czym dopiero odpowiedział.
- Nie żartuj, jesteś za słaby dla mojego ucznia, co dopiero dla mnie. Poza tym to nie ja tam walczyłem - oznajmił Rauko
- Przyjmuję wyzwanie - powiedział Honou podchodząc - Żadnych zasad, walczymy aż ktoś się podda lub zginie
"To on?" - wzrokiem zbadał chłopaka niedowierzając - "Nie wygląda na nikogo znaczącego, chociaż... Te oczy, one są jakieś dziwne, nigdy takich nie widziałem. Raz się żyje, czas się sprawdzić."
- I co, mamy tutaj tak stać? - zapytał Kris lekko zdenerwowany
- No nie, znowu? - zapytali równo Adrian i Dyninio
- Nie rzucicie się chyba wszyscy na jednego, bezbronnego faceta, nieprawdaż? - zapytał nieznajomy podnosząc obie ręce w geście pokazania jaki jest bezbronny
No fakt, trochę głupio się zrobiło wszystkim. Rzucić się na jedną osobe i wygrać, to żaden zaszczyt, tylko czemu ma walczyć akurat Honou? "Zresztą, niech się sprawdzi" - pomyślał Adrian - "Może będzie godnym mnie rywalem"
- Jesteś jeszcze dzieckiem, na pewno się na to piszesz? - zapytał mężczyzna patrząc na zbliżającego się Honou
- Rozmyśliłeś się? - zapytał Honou - Jeśli tak, to powiedz, a nie będe walczyć.
"Ma tupet, oj ma. Ukruce mu go" - pomyślał mężczyzna
- Więc walczymy, od teraz - powiedział nieco głośniej nieznajomy
Natychmiast skoczył w stronę chłopaka, który odbił się od ziemi wyskakując w powietrze. Zobaczył jak mężczyzna manewruje przy ziemi odbijając się szybko i mocno jedną nogą od ziemi, gdy drugą już przygotował do kopnięcia. Honou nie docenił przeciwnika, uważał go za rosłego macho, a nie godnego rywala. Na kopniaku się nie skończyło. Mężczyzna po kopnięciu złapał prawą ręką chłopaka i zawisł wraz z nim w powietrzu, trzymając go mocno. Spojrzał mu w oczy, po czym rzucił w stronę ziemi dodatkowo uderzając pięścią.
Honou tym razem był gotowy, otwarł nieco szerzej oczy, prawą ręke wystawił za plecy łapiąc zbliżającą się z tyłu pięść, natychmiast się przekręcił jednocześnie obracając mężczyznę za ręke i podciągnął się do niego, chcąc go kopnąć. Ten jednak za nic miał jego uderzenie, oberwał kopniakiem, który nawet go nie ruszył. Wtedy wyzwolił swoją ręke z uścisku chłopaka i znów złapał mu ręke. Tym razem zaczął obracać ręką rzucając Honou we wszystkie strony, po czym rzucił go mocno w stronę wolnostojącego domku. Honou wbił się przez dach.
- Ten gnój rozpieprzy tu wszystko! - skomentował Adrian - A ja się będe cholerka nudzić!
Rauko analizował sytuację. Spojrzał na dom w który wbił się Honou, potem na wiszącego w powietrzu mężczyznę. "Ukrywał poziom mocy" - stwierdził - "Musi być silny, bardzo silny, skoro nie zareagował na atak tego Honou. On wcale nie jest słaby, nawet ja bym się odrobinkę obawiał jego ciosu. Ciekawe co zrobi"
Mężczyzna wiszący w powietrzu nudził się bardzo i najwidoczniej był zawiedziony tym, że jego rywal jest taki słaby. Uniusł nieco prawą ręke, pojawiła się w niej kula ki, w mgnieniu oka nieco urosła. Rzucała we wszystkie strony złotawy poblask, sama jednak była mieszanką koloru białego i żółtego. Powoli, jakby niechętnie, ruszył ręką do przodu, a kula poleciała w stronę domu, do którego wpadł Honou. Nikt nie zobaczył wbitych w okno par oczu, które przyglądały się zbliżającej zagładnie. Kula uderzyła w budynek, który natychmiast pokryła eksplozja rzucająca tyle samo światła, co poprzednia, kiedy to jeszcze byli w budynku.
Mieszkańcy miasta musieli być nielada przerażeni, nie mieli nawet sił uciekać, była godzina późno południowa, wszyscy byli zmęczeni po pracy. Czasem ktoś cicho, ukradkiem, przebiegał przez ulicę szukając ucieczki.
Przymknięte oczy przyglądającym się niesamowitej eksplozji otwarły się dopiero po chwili, jednak by ujrzeć co tam się stało musiały poczekać, aż jeszcze opadnie pył. Wtedy wszyscy ujrzeli Honou ledwie stojącego, oblanego posoką szkarłatu. Obok niego stał przerażony chłopiec, nieco dalej leżała kobieta - jednak widać było, że jest żywa. Powoli się podniosła i zaczęła płakać widząc szczątki tego, co zostało po jej córce i mężu. Wszystkie członki były porozrzucane po pokoju, kobieta momentalnie dobiegła do syna i zakryła mu oczy.
- Uciekajcie stąd... - powiedział bardzo cicho Honou
Kobieta natychmiast zastosowała się do rady, pociągła za sobą chłopca, Honou nieco się zdenerwował. Przymknął oczy, po czym je otworzył, różniły się nieco od poprzedniego stanu. Po środku niemalże białej źrenicy pojawiła się niewielka, słabo widoczna czerwona kropka.
Starał się stanąć prosto, udało mu się, jednak wyglądało to dosyć niestabilnie. Niemal natychmiast zaczął biec pozwalając rękom swobodnie ciągnąć się za nim. Biegł szybko, był jednak dosyć daleko i zajęło mu trochę czasu dostanie się niedaleko mężczyzny. Biegnąc całyczas myślał nad planem. Tym razem nie walczył z ogromnym, łatwym do trafienia, smokiem, ale z latającym człekokształtnym. Komplikowało to wiele spraw, gdyż nie był przystosowany do walk dystansowych. Nie mógł liczyć na swoje siły, więc czekał na błąd przeciwnika szykując podstępny plan.
Tylko nieliczni, wciąż patrzący na gruzy domu, z którego wybiegł Honou zobaczyli, jak nad szczątkami pojawiają się dwie niewielkie, ledwie widoczne kulki i z ogromną prędkością, przelatując przez ściany, wleciały do domu Hebrida. Daegurth zatrząsł się czując, jak kulki w niego wlatują. Zaraz potem wleciały i następne...

Honou biegł przed siebie. Odbił się wysoko w powietrze, jednak wciąż był trzy razy niżej, niż jego przeciwnik. Wtedy wykonał niemal niemożliwy manewr. Ugiął nieco nogi, odbił się od powietrza wyżej. Nawet Rauko nieczęsto widział taką technikę wznoszenia się. Honou zbliżał się coraz bardziej do mężczyzny, który nagle zniknął.
- Zanzoken - powiedział bardzo cicho, pod nosem Rauko
Honou nagle złapał powietrze wokół siebie rękami, po czym zaczął się obracać wołając "Kazeshirdu!". Obok stworzonej przez kręcącego się chłopaka kopuły powietrza pojawił się jego przeciwnik, który uderzył w nią pięścią, nie spodziewając się ataku, gdyż Honou zrobił go tak szybko i bezbłędnie precyzyjnie. Przebił się przez powietrze niemal do samego Honou, jednak poczuł dość mocny ból, gdy spojrzał przez kopułę powietrza, zobaczył, jak jego ręke zaczyna zalewać krew, a rękaw nacinał się coraz bardziej. Wyciągnął szybko kończynę zostawiając w środku kulę ki.
"Błąd" - pomyślał Honou i Rauko, który całyczas analizował sytuację

Chłopak w tym momencie widząc kulę przyspieszył nieco rotację, a ta nieco się rozdarła, zaczęła krążyć wraz z powietrzem, wkrótce zamieniła się w jego część. Honou wtedy otwarł ręce i uderzył w kręcące się obok powietrze, wtedy fale tnącego powietrza rozleciały się na boki, a zawarta w nich energia ki pozwalała im dolecieć dalej. To jeszcze nie wszystko, jeżeli nie przeleciały zbyt dużej odległości, to eksplodowały zderzając się z celem. Tak było i w przypadku, gdy kilka uderzyło w mężczyznę, który zdążył ostatecznie zasłonić się rękami.
Odleciał kilka metrów w tył, po czym znów zawisł w powietrzu, a Honou zaczał spadać w dół. Spojrzał pod nogi myśląc "Trochę wysoko".
"Silny jest, nie doceniłem go. Czas przestać się wygłupiać" - pomyślał mężczyzna chwytając rękojeść zawieszonego na plecach miecza - "Nie, jeszcze na to nie pora". Tak szybko jak chwycił miecz, tak go teraz puścił. Rozpłynął się w powietrzu.

- Gdzie on jest? - zapytał Adrian
- Cholerka, jak on to robi? - zdziwił się Bobercik
Adrian spojrzał na Radka, zobaczył jak powoli obraca głowę, oczyma lata to w prawo, to w lewo. Jego mistrz, Rauko, stał prosto ziewając, najwyraźniej nie był za bardzo zainteresowany walką, przynajmniej sprawiał takie pozory.
- Radek - zapytał Rayman, który też dostrzegł, że ten wciąż obraca głowę - Czy ty go widzisz?
- A wy nie? - zdziwił się pół-saiyan - Jest szybki, ale nie aż tak
- Jak ty to robisz? - zapytał Kris podchodząc nieco bliżej - Bo chyba nie ot tak, po prostu
- Wyjąłeś mi to z ust - odpowiedział Radek
- Tam, na górze - powiedziała Roksia patrząc w niebo, po czym przechyliła głowę - Trochę w lewo, obok tego chłopaka, teraz trochę w prawo
- Roksia, ty też go widzisz? - zapytał Bobercik
- Prawie, cały zamazany - powiedziała dziewczynka, po czym dalej patrzyła na walkę

Honou spadał głową w stronę ziemi, gdy nagle obok niego pojawił się przeciwnik. Bardzo niezgrabnie zrobił unik, jednak nie udało mu się uniknąć ciosu. Nie był przyzwyczajony do manewrów w powietrzu. Dostał dość mocną pięścią w okolicę nerek, po czym natychmiast, nie zważając na ból, obrócił się i zablokował kolejny cios.
Przeciwnik znów rozpłynął się w powietrzu, kopał od góry, szybko, bardzo szybko i precyzyjnie. Oczy Honou błyskawicznie skierowały się ku górze - widział go, przez cały ten czas. Czerwona kropka w jego oku zrobiła się dziwna, zaczęła się zamazywać... Złapał nadlatującą nogę jedną ręką, po czym pomógł sobie drugą, by rzucić mężczyznę w dół, na ziemię. Udało się, jednak ten po chwili odzyskał równowagę, odbił się od powietrza, zaczynając lot.
Obaj spadali z mniej więcej jednakową prędkością. Chłopak był nieco wyżej, jego rywal z dołu mu się przyglądał. Był gotów do następnego ruchu, wystawił ręke nieco nad głowę. W ułamku sekundy pojawiła się na nim wiązka energii, która zaczęła wirować, tworząc swego rodzaju dysk z energii. Machnął ręką do przodu, jakby nim rzucał, a ten, choć go nawet nie tknął, poleciał z ogromną prędkością w stronę Honou.
"Co to było?" - zdziwił się chłopak widząc nienaturalną rzecz, jakby z tego dysku pulsowała energia, ogromna i okropna moc, mogąca zniszczyć wszystko. Wystarczył ten moment, poznał przypadkiem właściwość dysku, mógł więc się stosownie obronić. "Daisen!" - zawołał, a jego ręce pokryła ledwie widoczna aura, która po momencie nie była rozpoznawalna. Znów zobaczył nienaturalną pulsującą moc. Zdziwił się niezmiernie, tyle razy używał tej techniki, a nigdy czegoś takiego nie widział. Jego ręce pulsowały z taką siłą, że musiał przymknąć nieco oczy. Po chwili jednak wszystko znikło, znów widział normalnie.
Dysk zbliżył się do Honou, który zrobił niewielki piruet, po czym uderzył w niego ręką. Przeciął pędzący dysk na dwie części, które zniknęły w powietrzu, a jednocześnie poczuł lekkie pieczenie na całej ręce. Gdy na nią spojrzał zobaczył, że było na niej wiele zadrapań i niewielkich przecięć.

[center]***[/center]

Twardy uchwyt puścił Bart'a po chwili. Wyzwolony z potężnego uścisku natychmiast odskoczył robiąc piruet w powietrzu i obracając się twarzą do swojego dręczyciela. Początkowo widać było w jego oczach złość, był wściekły, że przez swoją bezmyślność dał się tak zajść. Nigdy nie sądził, że będzie tak łatwym celem.
Robiąc piruet szybko zbadał miejsce w którym był - wciąż dom Hebrid'a. "Nie wyprowadzili mnie?" - zdziwił się, po czym spojrzał na twarz swojego oprawcy. Jakże był zdziwiony, gdy rozpoznał te rysy w cieniu - to Jekht, a tuż obok niego Lady Ryurya. Uspokoił się, natychmiast stanął prosto. "Całe szczęście, że to "nasi", bo inaczej kto wie, co by się ze mną stało. Teraz będe bardziej uważać" - rozkazywał sobie w myślach.
- Macie coś? - powiedział Bart bardzo cicho, ledwie słyszalnym szeptem.
Jego usta rozszerzały się tak, jakby mówił głośno, jednak wcale tak nie było. Zrobił też kilka kroków do cienia. Domyślił się niemal natychmiast, że został tutaj sprowadzony cicho nie bez powodu. Dlatego uważał, że musi utrzymać środki bezpieczeństwa, bo jeżeli się nie myli, to coś jest nie tak.
Jekht i jego "pani", choć nigdy nie zwykła sobie go podporządkowywać, spojrzeli na siebie. Nie mieli pojęcia, że tak zareaguje. Był taki spokojny, opanowany i domyślił się, że ma być cicho. "Cóż, może jednak są do siebie podobni" - pomyślała Ryurya - "Nawet ich oczy, mimo koloru, mają podobny wyraz"
- Coś jest nie tak, jacyś ludzie zebrali się na tyłach, gdy wszyscy poszli przyglądać się walce - powiedział bardzo cicho Jehkt - Nie mamy pojęcia kto to jest, jednak wyglądali na dobrze przygotowanych. Bardzo dobrze, do tego byli zdeterminowani
- Skąd wiesz tak dużo? - zapytał Bart
- Niewielka magia wystarczy, by poznać intencje - powiedziała Ryurya
Bart się zorientował przypominając sobie czego dokonała księżniczka, gdy walczyła z całym legionem. Ona i to wezwanie ogromnego smoka... To było niesamowite, wręcz niewyobrażalne.
- Tylko jest pare rzeczy o których nie wiesz - powiedziała Ryurya
Bart wyraźnie się zdziwił. O czym mógł nie wiedzieć i jest na tyle ważne?
- Mark od jakiegoś czasu ich obserwuje i chyba go zobaczyli - powiedział Jehkt - Musimy go ostrzec, albo...
- Dobra, teraz słuchajcie - przerwał mu Bart - Mam tylko was dwóch i nie mam pojęcia do czego jesteście zdolni. Ujmijmy to tak...
"Coraz to bardziej przypomina mi Vinida" - pomyślała Ryurya i Jehkt jednocześnie - "Talent strategiczny budzący się w najgorszych sytuacjach..."

[center]***[/center]

Przez głowę Marka przechodził ból, jakby coś w niej pełzło. Znów cicho zajęczał, przymknął oczy na chwilę, po czym wrócił to realnego świata nie mogąc wyzbyć się bólu. "Kim oni są?" - myślał zaciskając zęby - "I co się ze mną dzieje... Ten ból, od samego rana... Wizje, nie panuję nad nimi, władają mną, dlaczego!?!". Nikt nie zobaczył niewielkiego znaku który pojawił się obok prawego oka Mark'a. Zawierał wiele odcieni czerwieni, wyglądał jak plątanina różnych kabli zaostrzonych na końcu. W środku rozrzedziły się, pojawiło się tam niewielkie, bardzo małe oko wciąż sastygłe w miejscu, jak tatuaż.
Chłopak spojrzał przed siebie, obraz zlewał się w jedną plame, po czym rozmazywał się okropnie. Zupełnie jakby nakładały się na siebie tysiące obrazów. Chwycił się za głowę zaciskając zęby, padł na kolana. Powoli ułożył ręce w pięści lekko drapiąc się za trzymaną głowę. Nie wytrzymał krzyknął z całych sił, po czym zamknął oczy wciąż klęcząc.
Kolejne obrazy, w jego umyśle, znów tysiące. "Czy to się nigdy nie skończy!?!" - zadał sobie pytanie słysząc miliardy dźwięków. Nagle jeden obraz, jeden dźwięk, odróżniły się od innych. Mark otworzył szeroko oczy odskakując do tyłu, tuż przed sobą zobaczył błysk ostrza miecza, tradycyjnej japońskiej katany. Spojrzał na swojego przeciwnika, gdy niby wytatuowane na głowie oko się poruszyło. Wszystko zaczęło się robić takie ciemne, choć miał wciąż otwarte oczy. Obrazy powoli przestawały na siebie nachodzić, dźwięki zanikały. Po chwili zasnął, mając otwarte oczy...

[center]***[/center]

Pełna zwrotów akcji walka nikomu bliżej nie znanego mężczyzny i chłopca o imieniu Honou wydaje się nie mieć końca. Wreszcie ten pierwszy się odzywa.
- Jesteś silny, jak na swój wiek - powiedział - Ale nie tego tutaj szukałem, poczułem coś innego, nareszcie jakieś wyzwanie, nie to co ty
Honou lekko się uniósł, od razu poczuł ten okropny przeszywający ból u prawej nogi i ręki, zaraz i na całym ciele. Był okropnie wyczerpany, nawet walka z Daegurth'em go tak nie wykończyła. Przypadkowo upadł na jedno kolano, natychmiast się podniósł. Mężczyzna bacznie go obserwował wciąż wyprostowany. Wyglądał na jedynie nieco zaskoczonego, choć według Honou powinien być już zmęczony jak diabli. A może był, tylko to maskował? Nie wiedział, wolał nie wiedzieć jaka jest prawda, starał się dalej walczyć za wszelką cenę.
Walkę przerwał krzyk, dochodzący z dość daleka, kilkaset metrów dalej, jednak słyszalny. Honou z trudem zwrócił wzrok w tamtą stronę, jednak nic nie zobaczył. Było to bardzo dziwne, zawsze udawało mu się widzieć wszystko, nawet przez przedmioty, gdy się postarał. Teraz nie mógł zobaczyć niczego w obszarze przypominającym koło o promieniu kilometra. Nie tylko chłopak się obrócił w tamtą stronę, nawet zaciekawiony mężczyzna odwrócił wzrok w tamtą stronę. Poczuł przez moment jakąś dziwną energię, po czym nagle znikła.

"Bariera..." - pomyślał Rauko - "Mocna, jak dotąd taką zrobił jedynie... Daegurth, co tam się dzieje? Czy to ty". Natychmiast ruszył w tamtym kierunku bariery szybkim krokiem. Jego zdziwiony uczeń ruszył za nim, wtedy "mistrz" uderzył go w klatkę piersiową, ten wylądował na ziemi.
- Zostań - powiedział Rauko nie odwracając głowy - Idę tam sam
"Nigdy nie wiadomo co jest w barierze" - pomyślał - "Bariera mocna, coś mocnego. Może i mocniejszego ode mnie, nie chcę brać żadnych młodzików na śmierć... Ale zaraz, ja też jestem młody! Kto zastąpi mnie!?!"

Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą walczył z Honou szybko podleciał do Rauko, widząc, że zna się na rzeczy. Wylądował, zrównał tempo, szli obok siebie nie odwracając głowy.
- Co to jest? - zapytał wreszcie idącego obok chłopaka
- Nie mam pojęcia - odpowiedział szczerze Rauko - Ale to "coś" jest silne jak diabli. Bariera energetyczna, niemal niewykrywalna
- Bariera energetyczna? - zapytał mężczyzna pierwszy raz spotykając się z użyciem tego terminu, do nazywania bariery maskującej
- Tak, to nie jest zwyczajna maskująca, to jest energetyczna. Może wyczujesz jednego człowieka, nic więcej - wyjaśnił - Dużo o tym nie wiem, a ten co podobno się na tym zna leży teraz w łóżeczku. Zawsze muszę odwalać brudną robotę!
- Leży w łóżeczku? - zapytał nie wiedząc o kogo chodzi, licząc na odpowiedź
- Imię Daegurth nic ci nie powie - odpowiedział - Ważne, że to jego szukałeś. On po prostu nie może się ruszyć
- Oj, ja go zmuszę, żeby się ruszył - powiedział bez wyrazu jakiegokolwiek uczucia na twarzy, choć z pewnością miał to być rodzaj żartobliwej groźby - Ale to dopiero jak się uporamy z kłopotami
- My? - zdziwił się Rauko, wciąż nie zatrzymując się, przechylił jednak nieco głowę w stronę rozmówcy
- Niech odpocznie, chcę walczyć z nim w pełnej okazałości - wyjaśnił mężczyzna
- Rozumiem, rozwiążesz jego problemy, a on spokojnie może wrócić do zdrowia - domyślił się Rauko - W takim razie chodźmy
Rozmówca niemal niewidocznie skinął głową, jednak Rauko zobaczył gest, wystarczył ten słaby ruch by zakończyć konwersację. Skupili się, musieli przygotować się na wszystko, nie wiedzieli co będzie "po tamtej stronie" bariery.
- Ile naprawde masz mocy? - zapytał nagle ni z gruchy ni z pietruchy Rauko - Ukrywałeś przez całą walkę, nawet się nie zmęczyłeś. Milion jednostek?
Nie usłyszał odpowiedzi na swoje pytanie, najwidoczniej miało to zostać tajemnicą.
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Bart starał się dobudzić Mark'a leżącego na ziemi, wreszcie mu się udało. Ten powoli otworzył oczy i natychmiast skoczył na nogi, nie wiedząc co się dzieje.
- Dobrze się spisałeś - wyjaśnił Bart - Nie dziwię się, że zemdlałeś, zostało jeszcze czterech
- Jak to? - zapytał Mark chwytając się za głowę
- Nie pamiętasz? - zdziwił się Bart - Opowiem ci później, musimy teraz zająć się tą czwórką.
Bart nagle podniósł głowę do góry, jakby nasłuchując.
- Szóstką - poprawił się - Dwóch gdzieś się kryje, możliwe, że nas widzą. Idź, poradzisz sobie z nimi, ja muszę iść do drugiej drużyny
- Jak to!?! - wciąż nie mógł wyjść z szoku Mark - Z kim my wogóle walczymy? O czym ty mówisz? Jaka druga drużyna!?!
- Naprawde nic nie pamiętasz? - zapytał, jakby jeszcze nie dowierzał, jednak zachowanie Mark'a mówiło samo za siebie. Przekonał go, w takim razie... - W takim razie cały plan na marne, cholerka
Mark podszedł bliżej Bart'a. Spojrzał mu w oczy.
- Czego oni chcą? - zapytał
- Głównym celem jest przejęcie Daegurtha i pojmanie nas wszystkich - powiedział Bart, po czym obrócił się w lewo widząc ruch - Cicho, ktoś idzie, schyl się!
Schylili się obaj, byli blisko drzewa z jakiegoś większego ogródka któregoś z mieszkańców miasta, mogli w oddali dojrzeć dom Hebrida, jednak jakoś ich teraz nie interesował. Nagle ktoś zawołał po cichu:
- Bart - rozległ się głos
Saiyan od razu go rozpoznał, podniósł się nieco, rozejrzał, zachował środki bezpieczeństwa. Wtedy dopiero pozwolił podejść Jehkt'owi.
- On nic nie pamięta, nic a nic - powiedział od razu Bart
- Od kiedy straciłeś pamięć? - zapytał strażnik Ryuryi
- Czekaj, nie sobie przypomnę... Wiem, to był ten ból, a potem krzyk - wyjaśnił Mark
- Niedobrze, od tamtego czasu minęło kilkanaście minut - powiedział Jehkt, jakby się znał - Czyli to może być nieodwracalne, czas pokaże
- Przepraszam, że przeszkadzam - wszedł w słowo Bart - Ale tam czai się sześć gości niezbyt przyjaźnie nastawionych i słowo "zabić" jest bardzo łagodnym określeniem tego, co nam zrobią! Dlatego musimy pomyśleć... Znów... Gdzie Ryurya?
- Na zwiadach - powiedział Jehkt - Księżniczka jeszcze nie wróciła ze zwiadów
- A co jeśli ją złapali? - zapytał Bart - Mogliśmy nie puszczać jej samej... Mark, dostajesz zadanie. Masz znaleźć dwóch ukrytych i ich wyeliminować: tak jak tych poprzednich.
- Poprzednich? - zapytał
- No fakt, zapomniałeś... - przypomniał sobie Saiyan - W takim razie jest gorzej... Dobra, ja ich poszukam, a ty i Jehkt pójdziecie znaleźć Ryurye
- Tak jest - powiedział cicho Jehkt i pociągnął Mark'a za ramię, który jęknął z bólu

"Wstań!" - usłyszeli nagle wszyscy, niby to rozkaz, każdy na raz w promieniu kilkunastu kilometrów pomyślał właśnie o tym słowie, po czym "cholera, znów..." i nagle się urwało. Były to ich myśli, jednak nie do końca.

[center]***[/center]

- No i na co czekamy? - zdziwił się Kris - Za nimi!
Wciąż patrzył na oddalających się Rauko i mężczyznę z mieczem na plecach. Choć wypowiedział to zdanie, to nawet się nie ruszył. Zawładnął nim strach, spojrzał kątem oka na krztuszącego się Radka. Przeklnął pod nosem.
- Idź - przytaknął Bobercik - Ja za tobą
"No już, myśli, że znalazł kozła ofiarnego... Poza tym o czym to ja myślałem: Wstań? Cholera, znowu...? Co to było?" - dziwił się Kris
- Wygląda na to - powiedział Adrian wyrywając się z nudy, a jednocześnie czując nieco strach - Że coś się dzieje, coś poważnego, nie tak jak dotąd. Musimy zachować spokój i środki ostrożności
"Od kiedy to jest "duży tata"?" - pomyślał Kris.
- Kris, Boberciki mają uszy - powiedział żartobliwie ujawniając, że usłyszał tą myśl, po czym cicho dodał - słuchaj co gada, bo naprawdę zmądrzał, nie wiem kiedy
- Daegurth ciągle nas trenuje, a co było gdy doszło do pierwszej prawdziwej walki? - zapytał Adrian, po czym spojrzał na twarze pozostałych. Wszystkie opuszczone w dół: okazali się niezbyt przydatni, niemal wogóle, gdy te dziwne postacie pojawiły się niby znikąd... - Dlatego słuchajcie mnie, bo nie będe powtarzać
Wszyscy słuchali w napięciu, nawet Honou, który niby nie interesował się "mową" Adriana, która z pewnością była dobrym początkiem, na ustalenie planu. Dyninio, który przebywał zazwyczaj z Adrianem nieco się zdziwił. Czuł od pewnego czasu, że ten się zmienia, ale żeby aż tak? Stał się taki mądry, czy to możliwe?
- Musimy się zorganizować. Nie owijajmy nikogo w bawełne, nie jestem stąd ani najsilniejszy, ani najmądrzejszy. Ci dwaj, którzy właśnie tacy są stoją niedaleko. Honou i Radek, z czego ten pierwszy jest nieco zmęczony - ciągnął - Dlatego...
- Popilnuję domu Hebrida - powiedział momentalnie się prostując i idąc w tamtą stronę
- Właśnie, bardzo dobrze. Teraz dalej, Radek, będziemy potrzebowali twojej pomocy - powiedział Adrian
- Możesz na nią liczyć - powiedział uśmiechając się.
Nareszcie ktoś uznał to, że jest silny, nie było tak jak zawsze, ciągłe obelgi od Rauko. Przydaje się mała odmiana.
- Więc, chodźcie bliżej, wyjaśnię wszystko dokładnie - powiedział Adrian
Wszyscy się przybliżyli, tylko Honou poszedł w stronę domu Daegurth'a.
- Nie żebym nie ufał Honou, tylko spójrzcie na niego? Teraz, to chyba nawet... No dobra, każdy by go pobił - ciągnął. Widać nie zrezygnował ze swojego typu rozmów, jednak miał rację w tych żartach - Musi ktoś mu pomóc. Nie może to być jedna osoba, bo nie wiadomo, czy Honou da radę. Dlatego ja i Rayman będziemy też w domu, tylko nie myśleć, że się obijamy!
Rayman przytaknął, a Dyninio zrobił minę pełną dezaprobaty. "Nie lubi mnie, czy co? Przecież wie, że jak jesteśmy w drużynie, to jest to najlepsza formacja z możliwych!" - myślał Dyninio. Miał rację, jednak nie myślał tak bardzo na przód jak Adrian w tym momencie. Widać nagle wszystkie nauki Daegurth'a kierowane do niego skumulowały się.
- Reszta pójdzie szukać przyczyny tego zamieszania - wyjaśniał dalej Adrian - Gdybyście spotkali kogoś z "naszych" natychmiast go zawiadomić jaka jest sytuacja, co widzieliście, i tak dalej. Przydałby się jakiś środek komunikacji...
- Może być gwizdek? - zapytała Roksia
- Tak, idealnie - powiedział - Masz jeden tak?
- Tak - odpowiedziała
- Roksia, idziesz sama, jak coś się będzie działo, to masz zagwizdać tak, by inni cię usłyszeli. Na tym polega plan - zmierzał do końca Adrian - Wtedy wszyscy zapier*alamy do Roksi ile sił. Szkoda, że tylko jeden gwizdek...
- Ja mam gitarę elektryczną ze wzmacniaczem, ale to ciężkie strasznie - powiedział Kris - Ale też wpadłem na pomysł
- Jaki? - zapytał Adrian patrząc mądrze na Kris'a, który się zdziwił pierwszy raz widząc takiego, nowego Adriana
- Bobercik - powiedział - Pomysłem jest Bobercik. Potrafi czytać w myślach, ale chyba też coś przekazać, więc...
- Idealnie - powiedział Adrian - Ja też coś mam, potrafię zrobić strasznie skrzeczącą kulę ki. Radek ty nie musisz umieć nic, wiesz dlaczego?
- Chyba tak. Uważasz, że sobie dam radę, tak? - zapytał pół-saiyan
- Właśnie tak. Jesteś najsilniejszy z nas... Ale te słowa ciężko przez gardło przechodzą - powiedział Adrian - Dobra i jeszcze jedno: Nie walczymy dopóki nie będzie co najmniej dwóch osób niedaleko siebie.
- A co ze mną? - zapytał Dynino, który nie dostał przydzielenia
- Ty masz najtrudniejsze zadanie - powiedział Adrian - Musisz strasznie szybko i bezszelestnie się poruszać. Po pierwsze musimy mieć kontakt z Bart'em. Poza tym, gdzie się podział Groly?
Dopiero teraz dostrzegli jego nieobecność, jednak się nie przejmowali: na pewno im nie przeszkodzi, a może i pomóc.
- Dobra, Dyninio, wiesz co się stanie, gdy spotkasz przeciwnika, prawda? - zapytał Adrian
- Tak, mam uciekać by poinformować o tym innych, a gdybym został zauważony to... Zrobić hałasu i uciekać? - zapytał
- Dokładnie tak, tylko nie przesadzaj z tym hałasem, ja już wiem co byś zrobił, nie wysadzaj całego miasta! - zażartował Adrian - Rozejść się! Rozpoczynamy misję "Awekned Teachings". I nie zapomnijcie co macie robić, gdyby ktoś was chciał zabić. Możliwe, że wogóle nic się nie stanie, jednak bądźcie gotowi na wszystko, rozejść się!
Natychmiast Adrian i Rayman pobiegli do domu Hebrida, a reszta - rozbiegła się we wszystkie strony. Z drużyn, jakie przetrwały, został tylko Kris i Bobercik, reszta chodziła osobno. Taki był plan Adriana. Wiedział, że jeżeli będzie potrzeba, to oni i Radek będą pierwsi na miejscu. Poza tym Bobercik zawsze może przeczytać myśli osób w pobliżu i będą wiedzieli co mają robić.

[center]***[/center]

"Cholera, mocny był..." - pomyślał Bart patrząc jeszcze raz na leżące przed nim zwłoki. Z ust ciekła mu krew, był cały obolały. Wiedział, że to dopiero początek. Obiecał, że wyeliminuje dwóch, musiał dotrzymać słowa. Czy jednak był w stanie tego dokonać. Nagle coś ruszyło się za krzakami - zły moment, bardzo zły dla Saiyana. Jednak nie stracił czujności, jeszcze raz sprężył mięśnie do wysiłku, schylił się, skoczył robiąc salto w tył. Gdy był w powietrzu złapał postać, która chciała go zasztyletować, podciągnął do siebie, po czym wbił jej nogi w plecy lądując na niej. Ta upadła bezwładnie na ziemi. Pęknięty kręgosłup. "Głupi fart" - pomyślał Bart i uśmiechnął się. Cieszył się, że miał szczęście, gdyby nie to, to pewnie by nie żył. Upadł na jedno kolano, na jego twarzy pojawił się grymas bólu, który przeszywał całe ciało. Poczuł, że ktoś go podnosi, obejrzał się - Dyninio. "A skąd ten się tu wziął?" - zastanawiał się Bart
- Nie wiem co się tu dzieje - zaczął Dyninio - Ale słuchaj, Adrian wysyła wsparcie, zaraz muszę wracać, poradzisz sobie?
- Tak... Jak to Adrian, co on wymyślił? - zapytał Bart
- Nie ma czasu, jestem informatorem, słuchaj a nie pytaj - powiedział spokojnie Dyninio - Gdy pojawi się ktoś, z kim nie możesz sobie poradzić, to krzyknij, zrób wybuch, lub coś podobnego. Wszyscy przeczesują teren, nawet Rauko poszedł gdzieś z tym facetem. Chyba wszyscy się przejęli, mówili coś o barierze i tak dalej. Mam coś przekazać Adrianowi lub komuś innemu?
- Jak będziesz się z nim widział, to podziękuj mu bardzo, bo ja muszę odpocząć, dobrze, że ktoś się tym zajął oprócz mnie - powiedział Bart - Będe zmierzać do domu Hebrida
- Tam jest Adrian, Rayman, Honou i chyba Hebrid, kto wie gdzie go poniosło. Dobra, spadam! - zawołał, po czym nagle zniknął między krzewami, był niemal niewidoczny
"Więc coś jednak się dzieje, może coś z tego będzie..."

[center]***[/center]

Jehkt zatrzymał się - usłyszał coś. Schował się na ziemi, nie mógł wymyślić nic lepszego. Dzięki swojej zbroi niemal się od niej nie odróżniał, więc miał duże szanse. Zobaczył biegnącego Dyninia. Ciche "Pssst!", a ten przybiegł do niego.
- Mam coś komuś przekazać? - zapytał Dyninio bardzo cicho - Bart jest bardzo słaby, chyba pokonał jakichś dwóch facetów, Rauko i ten facet gdzieś tutaj są, tak jak prawie cała reszta. W domu zostali...
Nagle Jehkt pokazał gest uciszenia się do Dyninia, ten zrozumiał. Zobaczył, jak Jehkt wyciąga miecz z pochwy, a potem... Cięcie, okropnie szybkie, precyzyjne. Tylko spadająca głowa. Dyninio chciał bić brawo, jednak się powstrzymał. Przeciął mieczem osobę oddaloną o kilka metrów od nich, wyglądało to niesamowicie.
- Mów dalej - cicho powiedział i spojrzał na Dyninia
- Gdyby coś poszło nie tak rób hałasu, odsiecz przybędzie najprędzej jak może. Centrum dowodzenia jest w domu Hebrida, ja jestem łącznikiem - skończył Dyninio
- Wiadomość: Ryurya znikła, brak kontaktu. Mark jest niedaleko. Koniec wiadomości. Tak między nami: dzięki. Powiedz też, że Mark jest przydatny, jak dojdziesz do centrum, zdjąłem tego faceta dzięki niemu. On odwrócił uwagę - rzucił bardzo szybko Jehkt
- Eeee... Zrozumiałem! - powiedział kiwając głową i pobiegł dalej
Jehkt podniósł prawą ręke, wtedy Mark szybko do niego dobiegł.
- Nie jesteśmy sami - powiedział - Twoi koledzy się dołączyli
- Super! - powiedział, nie kryjąc szczęścia. Troszkę głośno...
- Ciii... - uciszył go Jehkt

[center]***[/center]

Adrian poszedł wreszcie zobaczyć się z Daegurth'em, może będzie miał jakieś wskazówki. Czuł, że coś jest nie tak, nie wiedział tylko co. Otworzył drzwi: puste łóżko, nieco rowalony pokój, otwarte okno, ślady krwi na podłodze. Przeklnął pod nosem, po czym poinformował czekających na niego w pokoju Hebrid'a, Raymana i Honou o tym, że Daegurth zniknął w nieznanych okolicznościach.

[center]***[/center]

"Jak to, jest ich więcej!?!" - zdziwił się Bart wyczuwając kolejne energie ki. Dziwił się, jak do tego doszło. Był już niedaleko domu Hebrid'a, nie mógł zawrócić i ostrzec innych. Liczył na to, że Dyninio szybko wróci i będzie mógł to przekazać innym. Ich jest tam wiele więcej, niż planował. Może nawet cała armia...
Poczuł jak ktoś bierze go pod za ramię i zaczyna z nim biec. Spojrzał Dyniniowi w twarz. Co za ulga, może odpocząć... Nie, jeszcze nie.
- Musisz wszystkim powiedzieć, że ich jest tam w cholere - powiedział Bart - początkowo czułem trzydziestu, po chwili poradziliśmy sobie z pietnastoma: czułem pięciu, potem czterech. Oni jakoś się maskują, musisz to powiedzieć wszystkim. Może to ta cała bariera, o której mówił Rauko i ten koleś
- Zróbmy tak: Powiedz o wszystkim Adrianowi, wtedy to uwydajni pracę, ja polecę dalej, spotkałem tylko Jehkt'a i Mark'a niedaleko, zabili kolejnego. Muszę do nich wrócić najpierw, reszta przygotowana jest na wszystko, oni chyba nie - szybko mówił Dyninio, po czym zwolnił i położył Bart'a na ziemi. Był zaledwie kilka kroków od domu Hebrida, wystarczyło podejść do drzwi.
- Dzięki wielkie! - rzucił Bart patrząc na oddalającą się sylwetkę, po czym wszedł do budynku i poinformował o wszystkim, co wie

[center]***[/center]

- Kris, czekaj! - zawołał Bobercik zatrzymując się
- Co jest? - zdziwił się zawołany
- Nie mogę czytać w myślach, jakby coś mnie blokowało, jeszcze niedawno mogłem, a teraz nic z tego - powiedział Bobercik - Mamy problem
- Spoko, jakby co poinformuję innych, że potrzebujemy pomocy. Poza tym, gdy nas jest dwóch, to wolno nam walczyć. Rozumiesz? - zapytał Kris
- Ale jak wezwiesz pomoc? - zapytał
Kris wyciągnął swojego Colt'a, odbezpieczył, załadował pierwszą kulę do komory nabojowej.
- Słychać w promieniu kilometra spokojnie - powiedział - A teraz chodź!

[center]***[/center]

Radek lekko odbijał się co kilkanaście metrów od jakichś twardych obiektów. Skok za skokiem, robił to szybko, sprawnie i cicho. Zobaczył trzy pary oczu, trzech ludzi tuż obok siebie, jakby czegoś pilnowali. Doskoczył tam bardzo szybko. "Liczą na mnie, muszę się postarać!" - wmówił sobie. Nagle pojawił się za plecami pierwszego. Krótko - skręcił mu kark i skoczył w stronę następnego. Ten był gotowy na walkę, zresztą jak jego kolejny kompan. Natychmiast we dwóch doskoczyli do Radka. Mieli bronie, prymitywne, ale jednak. Jeden z nich miał nóż, drugi czakrum. Natychmiast rzucił czakrum w stronę Radka, ten jednak złapał je bez problemu. Dzięki niemu obronił się przed sztyletem. Nagle zniknął - czwarty, który wyskoczył znikąd przeleciał przez powietrze wbijając ostrze swojej katany w głowę kompana ze sztyletem.
- Kur*a! - zawołał, po czym ciął w swoją prawą stronę.
Nic nie zobaczył, przez ułamek sekundy czuł opór, wystarczyło by poznać, że trafił. Nagle wokół obu wciąż żywych pojawiła się masa krwi na ziemi. Zobaczyli jak Radek pada na ziemie cały we krwi. Wtedy natychmiast dobiegli do niego ci dwaj i wyskoczyli zza krzaków kolejni trzej.
- Wszyscy? Musimy tu posprzątać i się przegrupować - powiedział któryś - Świetna robota Oide!
- Spaprana - odezwał się Radek wstając. W lewej dłoni trzymał ręke, z której ciekła krew. Zarówno on, jak i cały teren wokół pokryty był właśnie tą krwią.
Nagłe zamieszanie, wszystko dzieje się tak szybko. Jakby we śnie lub na przyspieszeniu. Radek rzuca czakrum, które przecina całe ciało jednego z przeciwników, w wyniku czego ginie na miejscu. Strzela promieniem ki rozbijając czaszkę kolejnego bezszelestnie. Znika, pojawia się w miejscu gdzie leci czakrum, łapie je, rzuca jeszcze raz. Trafił znowu. Pojawia się przy kolejnym, bezradnym już, w pełni oszołomionym przeciwniku. Kopie go tak mocno, że ten łamie się na drzewie. Został jeden, który padł na kolana i zaczął płakać.
"Jeżeli zostawie go przy życiu, to może zawiadomić pozostałych" - myślał Radek - "Sory stary, takie już jest życie, mogłeś się w to nie plątać!"
- Czekaj! - zawołał - Powiem wszystko! Tylko nie zabijaj mnie! WSZYSTKO!
Radek pojawił się tuż przed nim i chwycił go za gardło, mocno i pewnie. Złapał ukrytą w nogawce broń, sztylet, złamał go w ręce, wyrzucił ostrze i uchwyt na bok.
- Naprawde? - zapytał Radek - To może przeżyjesz, mów co wiesz
- Ale naprawde mnie nie zabijesz? - zapytał
"Cholera, jeżeli pokaże skruchę to najnormalniej mnie oleje. Muszę grać twardego, być taki jak... Rauko" - pomyślał Radek dociskając mocniej uścisk miażdżący gardło człowieka
- Nie sprawdzaj mojej cierpliwości - powiedział
- Dobra, powiem wszystko! - zawołał i zaczął szlochać. Wtedy Radek go póścił, wiedział, jaki jest teraz bezsilny. Spojrzał mu w oczy, obserwował każdy jego ruch: na wszelki wypadek
- Więc? Czekam, mów, a przeżyjesz - powiedział Radek - I nic ci się nie stanie. Zacznijmy jak normalni ludzie, nazywam się Radek
- Tey - odpowiedział - Tey Nafe. Jestem jednym z nich...

[center]***[/center]

- Ilu to już znokautowaliśmy? - zapytał Bobercik
- Całych czterech, są powiązani i nie bardzo pną się do rozmowy - powiedział Kris
- Nie dziwię się, są prawie martwi! - podsumował Bobercik - Kim oni wogóle są? Zauważyłeś, że wcale nie wyglądają na słabych?
- Tak. Wiem jedno: to są ludzie - powiedział Kris - Z krwi i kości ludzie, a tacy silni. Widziałeś kiedyś coś takiego?
- Nie ważne czy widziałem, czy nie, mamy chyba misję, no nie? - zapytał Bobercik
- Faktycznie, chodź! - zawołał Kris, po czym dalej przeczesywali teren. W jednej części las, w drugiej teren zabudowany, jednak ten drugi znacznie mniej często. Było tam pusto, naprawde pusto, nie wierzyli, że coś tam znajdą.

[center]***[/center]

Jeden z ludzi spojrzał na drugiego, a potem gestem wskazał małą dziewczynkę idącą w ich stronę.
- Spadaj mała i to już! - zawołał
Wtedy mała Roksia podeszła bliżej i zaczęło się przedstawienie. Zobaczyli ją, nie chciała jeszcze gwizdać, nie poznali ją, więc co szkodziło spróbować?
- Cześć, wiecie gdzie poszła moja mama? - zapytała Roksia
- Nie, ale na pewno jej tutaj nie ma, idź stąd, już! - zawołał znów ten sam
- Uspokój się - powiedział łagodnie drugi, podchodząc do Roksi.
Ściągnął marynarkę z głowy, ten drugi też ją nosił. Spojrzał Roksi w oczy.
- Dziewczynko, możesz stąd iść? - zapytał - Dam ci na loda, lizaka, czy coś...
- Na samochód! - zawołała Roksia
Wtedy stojący przed nią facet wytrzeszczył gały, a drugi zaczął się śmiać.
- Żeś sobie pannę znalazł - Walnął od niechcenia ten z tyłu, który z początku tak utyskiwał
- Ehhh, wiesz co nam zrobią, jeżeli zrypiemy i gdzieś znikniemy? - zapytał ten obok Roksi. Drugi lekko skrzywił minę - No właśnie.
- Spiesz się, bo to dziecko jeszcze sobie coś zrobi - powiedział tamten - My mamy zrobić coś innego
- To chodź ze mną na loda - powiedziała Roksia
- Dam ci pieniądze, a ty pójdziesz - powiedział facet
- Nie, chodź ty, sama nie lubie jeść lodów - ciągnęła Roksia
- Ciekawe co ta dziewka w tobie widzi - zdziwił się tamten drugi - Bo ja w tobie kompletnie nic nie widzę
- No, przynajmniej ktoś mnie dostrzegł! - zawołał - Jak masz na imię?
"Eeee... Imię, Roksia, nie, Roksana, super" - myślała szybko dziewczynka
- Roksanka - powiedziała sprytnie
- Ja nazywam się Hasd - oznajmił - Bardzo mi miło, ale wiesz co? Musisz naprawde już stąd iść, bo jestem bardzo zajęty
- Panie Hasd, a co pan robi? - zapytała Roksia
"No chyba jej nie powiem, co robię!" - pomyślał facet, wiedział, że byłoby to nienormalne i małą musieliby wtedy... zabić.
- Poluje - powiedział - Na naprawde wielkiego zwierza
- Na niedźwiedzia? - zapytała patrząc na tego drugiego mężczyznę
- Czy ty sugerujesz, że on wygląda jak niedźwiedź? - zapytał Hasd - Dobre, naprawde dobre!
- Zamknij się mała, albo rodzona matka cię nie pozna! - zawołał nazwany "niedźwiedziem"
- Co się denerwójesz, koala? - zapytał Hasd uśmiechając się - Nawet ja bym na to nie wpadł!
Dziewczynka się zaśmiała, wszystko idzie zgodnie z planem, jaki sobie ustaliła. Może nawet uda jej się zrobić wszystko, co chciała? Poczekamy, zobaczymy.

[center]***[/center]

- Kto by myślał, że będziesz mnie teraz nosić - odezwał się Daegurth patrząc na Sesshomaru pomagającego mu chodzić - Żeby ty... Dziękuję
Yokai się zdziwił, nie miał pojęcia za co mógł dziękować mu Daegurth. Przecież zawsze sprawiał mu tyle kłopotu, niemal doprowadzał go do śmierci... Pytanie samo wymknęło mu się z ust.
- Za co? - zapytał Sesshomaru
- Za wszystko - odpowiedział od razu - Za to, że się zmieniasz, wg mnie na lepsze. Za to, że dzięki tobie mogłem stać się silniejszy. I za wiele innych rzeczy, jak na przykład to, że mnie niesiesz
- Nie niosę, pomagam chodzić - powiedział Sesshomaru
- Na jedno wychodzi. Zresztą, zaraz masz stąd spadać - powiedział Daegurth - Zostaw mnie samego... Teraz. Idź stąd, innym przydasz się bardziej, ja musze załatwić jedną sprawę
Mina Daegurth'a mówiła sama za siebie. Był wściekły, naprawde wściekły, to nie to, co wcześniej. Nigdy Sesshomaru nie widział takiej wściekłości w jego oczach
- Co cię tak denerwuję? - zapytał Sesshomaru
- Międzyinnymi to, że już jutro nastąpi prawdziwy test sił, jutro inwazja - powiedział Daegurth - I jeszcze mi trują tutaj dupę!
- Już jutro!?! Inwazja!?! - zdziwił się Sesshomaru - Więc nie myliłem się?
- Ani trochę, to ja myślałem, że to koniec świata, a to inwazja. Najpierw będą miliony wojowników, a potem coś na podobieństwo czarnej dziury, nie do powstrzymania, chyba, że same się wciągną, w co nie wierzę - powiedział Saiyan - Zresztą, spadaj już, zatrzyj za sobą ślady i rób co chcesz, żebyś tylko tutaj nie wracał
Sesshomaru chciał odmówić, nie zrobił tego. Wystraszył się okropnie tego wściekłego wzroku Daegurth'a. Czyżby naprawde z tego powodu był taki wściekły? Chociaż, przez te wszystkie lata wierzył, że jeden z wymiarów czekał koniec, a to była inwazja - może to jest powód? A może nie ma jednego powodu? Nie miał pojęcia, zaczął powoli zacierać ślady.
- A co jeżeli się nie uda? - zapytał Sesshomaru
Nie ma odpowiedzi, cisza. Obrócił się, nie ma nikogo, nie został też żaden ślad. Daegurth zniknął, uciekł, najwidoczniej faktycznie chce coś załatwić sam.

[center]***[/center]

- Dzięki Tey, na pewno teraz nic ci się nie stanie - powiedział Adrian - Na pewno
- Właśnie - przytaknął Radek
- Cholera, co ja zrobiłem!?! - zawołał - Wyjawiłem wam co się dzieje, przez to teraz mnie zabiją... Błagam, zabijcie mnie, proszę!
- Stul dziub, łeb mnie nawala, nie chcę słuchać twoich żalów, bierz się w garść - powiedział Adrian - Teraz jesteś jednym z nas, nie masz wyjścia. Chociaż możesz się wrócić do swoich, ze słowami "Wybili mi kolegów, ja wypaplałem wszystko, było naprawde przerypane". Ciekawe co by zrobili...
Facet się zamknął, słowa Adriana naprawde zrobiły na nim wrażenie
- Więc mają Ryurye - podsumował Bart - Tylko z tego co wiemy, nie mogą jej nic zrobić
- Dobra, teraz macie racje, trochę kłamałem - przyznał się Tey - Oni i tak nie pozwolą mi wrócił, więc powiem wszystko raz jeszcze, tym razem sama prawda
- Bardzo dobry wybór - powiedział Rayman
- Yhm - przytaknął Hibrid
- Więc... My... Oni szukają Daegurth'a i wszystkich jego podwładnych. Głównym celem jest on sam, podobno jest zmęczony. Nie znam informatorów, ale są niezawodni. Dlatego mamy go odzyskać. A gdyby coś szło nie tak, to możemy wybić wszystkich po kolei, oby tylko nie tknąć samego celu - powiedział Tey - Możemy się nad resztą... Oni mogą się znęcać, gwałcić i ch*j wie co jeszcze! Tylko pamiętajcie, to też ludzie, tacy jak ja...
- No, poniosło mnie - przyznał się Radek
- Co zrobiłeś? - zapytał Bart
Adrian tez był bardzo ciekawy, jednak czekał, aż odpowie. Pytanie już zostało zadane, nie ma sensu powtarzanie go.
- Trochę przesadziłem, ale tak było najlepiej... - powiedział Radek
- Trochę!?! - zawrzeszczał Tey - Ty ich ku*wa jego pier*olona mać zabiłeś jak jakieś bestie, krew wszędzie!
- A co oni robią ze zdrajcami? - zapytał Radek
Tey momentalnie się zamknął, wiedział, że jego byli przyjaciele robią gorsze rzeczy, o wiele gorsze.
- Jehkt chyba się wkurzy, jak się dowie, że mają księżniczkę - powiedział Bart
- Właśnie - powiedział Adrian - Twój brat się zmył, nie wygląda na pełnego sił, krwawił wychodząc.
Opowiedział o tym co zobaczył w pokoju Daegurth'a, po czym nastała cisza. "Co on sobie myśli!?!" - zastanawiał się Bart - "Zawsze pakuje się w kłopoty! Ja mu dam, niech no wróci do domu!"

[center]***[/center]

Ich było zbyt wielu. Mimo, iż każdy się starał jak mógł, to nic się nie udawało. Efekt zawsze był ten sam: Dobry początek, który poprzedzał tragiczny koniec. Jehkt i Mark zostali złapani jako pierwsi. Nie zrobili im krzywdy, choć mogli. Zaprowadzili ich niedaleko samej Ryuryi, byli dosyć zdziwieni. Jednak jak na złość to nie był koniec, Kris i Bobercik też nie dali rady. Walczyli, a gdy przyszło co do czego, to nawet nie mogli zahałasować. Zanim Colt wystrzelił, to został przecięty kataną w trzech miejscach. Kris próbował telekinezy - nic z tego, Bobercik telepatii - jeszcze gorzej. Rozbolała go okropnie głowa.
Nagle jednak powstaje iskierka nadziei. Operacja dywersyjna, o której nikt nie wie. Główny jej cel: Ściągnięcie uwagi.

[center]***[/center]

- Panie... - powiedział jakiś zamaskowany człowiek, możliwe, że była to kobieta, nie sposób było poznać po głosie, a ubranie nie szczególnie pozwalało na odróżnienie płci
- Tak? - zapytał mężczyzna o dość niskim głosie
- Jakichś dwóch facetów wybija tysiące naszych, zostaje nam coraz to mniej ludzi - powiedział informator - To tylko kwestia czasu, jak zabiorą wszystkich, ale widocznie słabną
- Kim oni są? - zapytał
- Wiem tylko jak się nazywają - powiedział informator - Są to Rauko i Acer
- Perio i Ferian, musicie iść ich zamknąć tak, aby już tam zostali. Może być na zawsze. Idźcie - obaj wywołani natychmiast pobiegli, by wykonać rozkazy, wiele oczu wbijało się w dowódzcę, wtedy wyjaśnił im o co chodzi - Hei i Kave muszą tworzyć barierę, tamci mogą zrobić kopułę, która nie zniknie, dopóki nie zginą obaj, sami dobrze wiemy jak nam na takim przebiegu wydarzeń zależy

[center]***[/center]

- Muszę przyznać, dobrze walczysz, bardzo dobrze - powiedział Rauko - Jestem zaszczycony
- Ty też niczego sobie - powiedział krótko Acer
- Dobra, chodźmy dalej, mamy odciągnąć uwagę, wtedy inny front upadnie i albo my, albo ktoś inny tam zaatakuje - powiedział Rauko zabijając kolejnego biegnącego w jego stronę człowieka z bronią.
Miejsce w którym byli możnaby nazwać zbiorowym cmentarzem. Tysiące ludzi leżących jeden na drugim, wciąż płynąca krew, szczątki wszędzie. Wyglądało to przerażająco. Wciąż pojawiali się jednak następni, chcący wykonać rozkaz.
Nie spodziewali się tych dwóch, którzy stanęli na wzgórzu. Zaczęli coś mówić, na głos, zrobili jakiś dziwny znak i wtedy... Pojawiła się półprzezroczysta kopuła naokoło Rauko i Acera. Miała jakieś dziesięć metrów średnicy. Rauko zorientował się, o co chodzi, jednak było za późno. Ugrzązł na dobre.
- No nie, wpadliśmy! - powiedział - Ta kopuła jest dosyć twarda...
Acer sprawdził, uderzył ile sił, potem zrobił coś, czego jeszcze do teraz nie zrobił. Wyciągnął miecz, zaczął bardzo szybko ciąć swoim długim mieczem. Na ściance pojawiały się rysy, które po momencie znikały.

- Uciekną - powiedział Ferian - Widziałeś tego z mieczem? Uda mu się to rozciąć, trzeba wzmocnić
- Tak - potwierdził Perio - Wzmocnijmy
Znów powiedzieli kilka słów, dziwnym, nieswoim głosem. Wewnątrz kopuły, na ściankach, pojawiła się kolejna, ta jednak była mniej stała w kształcie, gdyż była stworzona jakby z żywego pioruna. Trząsła się, zmieniała kształt.

Acer uderzył w kopułę, wtedy Rauko szybko go odciągnął od miecza, zanim ten się zwęglił. To napięcie było naprawde wysokie, dobrze, że obaj umieli latać.
Uratowany był zdziwiony. ten miecz zwyczajnie nie reagował na napięcie, gdyż wykuty jest ze specjalnego stopu metalu, a jednak tym razem zawiódł. To był pierwszy raz, kiedy zawiódł. Jak go wziąć spowrotem, zanim się zniszczu w tej elektrycznej kopule?
- Zabiorę ten miecz, bo chyba ci na nim zależy - powiedziała Rauko
Natychmiast zbliżył się do kopuły. Tuż za jego plecami pojawił się niby jego klon, kopia, doppel. Robił dokładnie to co Rauko. Rauko wystawił ręke do przodu, złapał powietrze - doppel złapał zaś miecz, po czym obrócili się obaj. Doppel nie mógł otrzymać obrażeń, po prostu nie może. Nie działają na niego obrażenia, jedynie na oryginał, to jest odróżnik od innych, podobnych technik.
Oryginał i doppel podali sobie miecz, po czym technika przestała działać. Podał miecz Acerowi, który był szczerze zdziwiony, nigdy nie widział czegoś takiego. Zobaczył jak na twarzy Rauko maluje się zmęczenie - ta technika, mimo, że krótko jej używał, była bardzo męcząca. Może to mieć wpływ na to jak długo tutaj wytrzymają.
Zobaczyli jak dwie osoby, które zafundowały im pobyt w tym, bez wątpienia, pięciogwiazdkowym hotelu, odeszły sobie w dal. "Super" - pomyślał Rauko - "Tego nie przewidziałem..."

[center]***[/center]

- Mają ich! - zawołał wbiegający do domu Dyninio - Cholera jasna, mają ich! Złapali prawie wszystkich!
- Cholera jasna! - zawołał Adrian łapiąc się za głowę - I co teraz zrobimy?
- Wszyscy cali? - zapytał Rayman
- Chyba tak, z tego co widziałem nie chcieli im nic zrobić, narazie - powiedział Dyninio
- Przynajmniej tyle... - powiedział Adrian, a ból głowy się nasilał
- Spokojnie, panowie - zaczął Bart - Tak ładnie nam szło planowanie, udało nam się zdobyć Tey'a, mamy przewagę, nie wiedzą o tym. Do tego wiemy w czym siedzimy, chyba mamy szanse, no nie?
- Ja bym radził uciekać, na sam koniec świata - zaproponował Tey
- Chcesz? - zapytał Radek - Droga wolna, ale tutaj możesz próbować wywalczyć sobie wolność, której tam nie zaznasz, jeżeli się nam nie uda. A każda para rąk się przyda, nawet tych malutkich i słabych.
- Tey, widzę, że jesteś dobrze obeznany z nimi, byłeś jednym z nich, tak? - zapytał Dyninio - Jesteście pewni, żeby go przyjąć do nas? Możemy ładnie się wkopać!
- Niechciany przez obie strony... - rzucił cicho Tey
Musiał czuć się naprawde bezsilny. Wiedział, że nie może wrócić do swoich dawnych przełożonych. To co robią zdrajcom jest znacznie gorsze od tego, co robią pojmanym. Tutaj, przynajmniej na jakiś czas, jest bezpieczny. Chciałby mieć moc, siłę taką jak Radek lub większą, by pokazać im, że jest coś wart.

Bart lekko się pochylił. Przez moment poczuł okropny ból, który zaraz zniknął. Zobaczył obraz, którego nie powinien. Las, który jakby płonął, choć widział, że nic się nie pali. To nie był prawdziwy ogień, to była wściekłość, jakiej jeszcze nie widział, nigdy. Poczuł ją przez moment i on sam, potem wszystko znikło.

- Bart! - zawołał głośno Adrian
- Nic ci nie jest? - zapytał Dyninio
- Nic, a co? - zapytał Bart podnosząc się z podłogi
Leżał, choć sam nie wiedział dlaczego. Dopiero przyjaciele mu wyjaśnili, że zaczął krzyczeć i upadł na ziemię zwijając się z bólu. Nie wiedział dlaczego tak było, ale pewien był jednego: było to straszne. Ten płonący gniew i przeogromny ból były nie do zniesienia. Dopiero teraz się zorientował: To był jego brat. Nie wiedział dlaczego, ale przez moment czuł to, co on.
- Daegurth chce zrobić coś głupiego - Powiedział, gdy krew zaczęła cieknąć mu z ust - Musimy go powstrzymać!
- Daegurth'a? Ale jak!?! - zapytał Adrian
- Skąd wiesz? - dodał kolejne pytanie Dyninio
- Mówię wam, musimy...
W głowie Bart'a wszystkie głosy zaczęły się zlewać, zakręciło mu się w głowie. Upadł na podłogę uderzając o nią głową. Stracił przytomność. Na darmo przyjaciele próbowali go ocucić. Leżał z zamkniętymi oczyma wciąż powoli oddychając. Ważne, że żył. Położyli go na tapczanie i opatrzyli rany widoczne z zewnątrz. Nic więcej nie mogli zrobić. W tym czasie Bart miał dziwny sen...

"Cholera, znów nawaliłem" - myślał ktoś, nie były to myśli Bart'a - "Znowu wszyscy umrą, ku*wa mać! Nie pozwole, nie tym razem! Teraz, w tej chwili, rozj*be ich wszystkich, koniec z moją je*aną humanitarnością i pięknymi słowami! Ku*rwa mać! Ale boli!". Bart widział las, nagle poczuł znów ten przeszywający całe ciało ból. Upadł na kolana.
Zobaczył obraz, serię obrazów, gdy Daegurth patrzył w ziemię. Pierw była to dziewczyna o białych włosach, potem chłopak o brązowych obok chłopaka w czarnych włosach, tysiące twarzy na raz, potem miliony. Zaraz zobaczył twarz swoją, Ryuryi, Bobercika, Kris'a, Adriana, Roksi, Dyninia, Hebrida, Raymana, Mark'a, Radka, Rauko, Sesshomaru, Grolyego i Brolyego...
Poczuł nagły przypływ sił, jakiego dotąd nigdy nie miał. Czuł jak zaciska zęby, wstaje. Skoczył do przodu. Wszystko obok niego rozmazywało się przy tak ogromnej prędkości. "Tym razem ich zaje*ie..." - pomyślał, a Bart zobaczył to, co chce z nimi zrobić. Nazwać to niehumanitarnym, to tak jak cukierek o dużej zawartości cukru nazwać ledwie słodkim.

Nagle Bart nabrał powietrza w płuca podnosząc się. Oddychał głęboko i dosyć szybko. Wszyscy wciąż byli przy nim, całyczas zadawali mu pytania, których nawet nie rozumiał. Maleńka łza pojawiła mu się w kąciku prawego oka, natychmiast ją starł. "On starał się być dobry nawet dla tych złych" - uświadomił sobie - "Dlatego teraz jest mu tak ciężko, stracił wszystko... Jeżeli ich zabije to straci wszystko, musimy go powstrzymać! Nieważne jak, ale musimy!"
- Słuchajcie mnie - powiedział Bart - Daegurth błądzi teraz w mroku, musimy go powstrzymać
Nie słyszał tego co mówią inni, on sam zaś wciąż mówił, a oni słuchali.
- On chce zabić wszystkich tych, którzy teraz nas zaatakowali - kontynuował - I nie tylko. Wcześniej uważał, że każdy może się zmienić. Jeżeli ich zabije, stanie się taki jak oni, kto wie co zrobi z nami... Dlatego musimy, po prostu musimy go powstrzymać!
- ..o.. je..li ..n..e - zaczęły docierać do głowy Bart'a głosy - uda mu się!?!
- Wtedy zginie, ale zostanie sobą - powiedział Bart - To chyba lepsze niż ta druga droga
- Ale skąd ta pewność!?! - zapytał Dyninio
- Ja czułem przez chwilę to co on, krzyczałem, bo czułem to co on - wyjaśniał Bart - Wolelibyście nie wiedzieć, co on chce zrobić dokładnie. Dlatego musimy go zatrzymać
- A niby jak!?! - zapytał Rayman - Przecież, jeżeli tylko chce, to zabije nas wszystkich!
- Po pierwsze: on nie chce nas zabić - wyjaśnił Adrian - Po drugie: Nas jest więcej, tylko nie wiemy gdzie on jest i gdzie zmierzać
- On idzie zabić jakiegoś Oren'a i jego ludzi - wyjaśnił Bart
- Lord'a Oren'a!?! - zdziwił się Tey - Ale... To jest niemożliwe!
- Kto to jest ten Oren? - zapytał Dyninio pełen nieufności - Gadaj!
- To mój były szef - wyjaśnił starając się zachować spokoj, szło mu to nieźle - Nikt z naszych nie mógł się z nim równać. To on nam zlecił tą misję, nie wiem nawet dlaczego.
- Czyli mamy trop. Teraz najważniejsza część zadania Tey'a - powiedział Bart
- Właśnie - potwierdził Adrian
Wywołany rzucał wzrokiem po wszystkich wokół siebie. Nie rozumiał jakie zadanie, o co wogóle chodzi.
- Musisz nas do niego zaprowadzić - szybko powiedział Adrian
- Oszaleliście!?! - zawołał Tey - Nie jestem na tyle głupi, by pakować się do paszczy lwa!

To była tylko kwestia czasu. Wiedzieli, że Tey zmięknie, on też o tym wiedział. Dlatego obiecał zaprowadzić ich do kryjówki Oren'a w lesie, kilkanaście kilometrów stąd.

[center]***[/center]

- Kris! - zawołał związany Bobercik.
Czuł się żałośnie, nie mógł nawet ich zerwać. Był przynajmniej w lepszej sytuacji niż Kris, który chcąc mu pomóc, by mu nic nie zrobili, zasłonił go własnym ciałem. Wtedy wbity w niego miecz przeszedł na wylot, nieświadomy niczego człowiek jeszcze go pociągnął rozcinając bardziej. Kris stracił przytomność i jej już nie odzyskał do teraz, choć rana była dobrze opatrzona. Przecież to dobre kilka centymetrów otworu na wylot. Bobercik był wściekły, że nic nie mógł zrobić. Jego telepatia kompletnie tutaj nie działała. Chciał ostrzec innych, poinformować "centrum dowodzenia", ale nic z tego. Liny które go trzymały były czymś wzmocnione, im bardziej się starał, tym bardziej się zaciskały i sprawiały ból. Leżał w jakiejś głupiej, ciemnej jaskini i liczył na cud...
Usłyszał niedługi śmiech, po czym kroki. Dopiero po chwili zorientował się kto to jest - to Sesshomaru.
Powoli podszedł do Bobercika, rozwiązał sznur nie pozwalający mu się ruszać, bo nie mógł go przeciąć. Bobercik krótko podziękował i rzucił się w stronę Kris'a, próbując go ocucić: nic z tego. "A miało być tak pięknie" - pomyślał Bobercik, gdy Sesshomaru bez pośpiechu podszedł obok niego.
- Co teraz zrobimy? - zapytał Bobercik nie będąc pewien już niczego
- Zostaniesz tutaj, razem z nim - powiedział Sesshomaru - I gdyby ktoś tutaj wszedł, udawaj związanego. Jakby coś chcieli zrobić, to zabij. To najlepsze wyjście, nie możemy go stąd wynieść.
Bobercik przytaknął, wiedział, że jest niemal w centrum dowodzenia przeciwnika, musiał mieć się na baczności. Dlatego zrobił to co sugerował Sesshomaru, a ten odszedł, wyszedł z jaskini spokojnie, bez pośpiechu.

[center]***[/center]

- OREN! - zawołał Daegurth z całych sił
Mężczyzna natychmiast się odwrócił i zobaczył wbijającego w niego wzrok Saiyan'a. Uśmiechnął się, bowiem obok stali Mark, Jehkt i Ryurya gotowi do zabicia. Mieli noże przy gardłach, wystarczył jeden ruch.
- Kogo ja tu widzę - zaczął mężczyzna nazwany Oren z uśmiechem na twarzy - Daegurth we własnej osoby, jaki to zaszczyt
- Puść ich, albo ku*wa rozetrę twój mózg na drzewie, a serce przeżuję i zjem! - zawołał Saiyan
Tylko on wiedział, że to nie były żarty. Był tak wściekły, że nie warto było sprawdzać ile wytrzyma. Gdyby Oren tylko teraz rozkazał bardziej przycisnąć sztylety do szyj jego przyjaciół, to zatraciłby się. Zrobiłby to, co powiedział. Jednak tak narazie się nie stało. Narazie.
- Widzę, że zdenerwowany - stwierdził Oren - Wiesz dobrze, że przyszliśmy...
- Po własną śmierć ch*je! Jeżeli zaraz ich nie puścicie, to was zaj*bie, ostatnia ku*ewska szansa! - zawołał Daegurth zaciskając pięści. Cały się trząsł - Macie pięć sekund!
Wyglądało na to, że nikt nie wziął jego słów na poważnie, gdy nagle Perio przebiegł na stronę Daegurth'a. Ten powoli obrócił głowę w jego stronę.
- Dobry wybór, nie zginiesz - powiedział Daegurth - Bo zaraz zostaną z nich tylko flaki
Perio wziął zamach, uderzył Daegurth'a z całej siły, ten nieco odleciał, zaraz się podniósł, uniósł ręke do góry, była gotowa do ataku, mógł zabić Perio - zatrzymał się patrząc mu w oczy, w których pojawiły się świeczki.
- To nie jest Daegurth, którego znam - powiedział Perio - Daegurth nie chciałby zabić nikogo, nie pamiętasz!?!
- Perio, ty nędzna kreatura, zginiesz za to - powiedział Oren
- Nie! - zakrzyczał Perio - Nie dam się dłużej kontrolować, by spełnić twoje zasrane zachcianki!
Oren się zaśmiał, bardzo głośno. Daegurth wciąż analizował to co powiedział mu Perio, była to prawda. Nigdy nie chciał nikogo zabijać, teraz jednak był tak zdenerwowany, że...
Ręka Daegurth'a ruszyła się, Perio odwrócił głowę, zobaczył jak zbliża się do jego oka. "To już koniec" - pomyślał. Zamknął oczy...

- Puszczać mnie, ku*wa mać! - zawołał Saiyan - Natychmiast, bo was zapier*ole!
Perio otwarł oczy i zobaczył jak sześć osób trzyma Daegurth'a przy ziemi. Nie był to nikt z oddziału Oren'a.
- Puszczać, bo was innaczej wytrenuje! - zakrzyczał, a tamci zaczęli go okładać
Pięść za pięścią, kopniak za kopniakiem, aż Daegurth się uspokoił.
"Lepiej bym tego sam nie zrobił" - pomyślał Oren zaczynając się głośno śmiać
- Tylko ten jeden raz - powiedział Daegurth - Zabiję tylko jego, Oren'a, odsuńcie się
Nikt jednak nie miał takiego zamiaru. Wtedy Daegurth zrzucił ich z siebie potężnym ruchem rąk i nóg. Mógł to zrobić całyczas, nie chciał. Oni spostrzegli to dopiero teraz, jacy byli głupi rzucając się na niego.
Wstał powoli.
- Dziękuję wam, pokazaliście mi co naprawde ważne - powiedział Daegurth - Perio, przepraszam... A teraz słuchajcie mnie, kto stanie w obronie Oren'a zginie razem z nim!
"Jak to on jeszcze ma siły by mówić!?!" - zdziwił się Oren - "Trzeba będzie go zgładzić, natychmiast!"
- Ferian, zamknij nas w kopule, żeby przyjaciele nie mogli mu pomóc - powiedział Oren - Mnie, Daegurth'a i naszą armię.
- Tak jest! - zawołał mężczyzna patrząc na Perio, który kiwał na "nie" błagalnym wzrokiem. "Zdrajca i tchórz!" pomyślał Ferian, który do niedawna był jego najlepszym przyjacielem

Nie zajęło mu to dużo czasu, aż zrobił barierę. Sam pozostał na zewnątrz, bo Oren nie kazywał mu się w niej zamykać.
- Ciekawe co teraz zrobisz, jesteś sam na nas, na mnie i moich najlepszych ludzi - powiedział Oren
- Ty myślisz, że żartowałem? - zapytał Daegurth chichocząc - Powiedziałem, że cie zabiję i tak zrobię, a wiesz dlaczego? Za długo zwlekałeś, z każdą sekundą odzyskuje siły, tracisz przewagę
Oren się zorientował, że to przecież prawda. Kazał natychmiast rzucić się na Daegurth'a wszystkim jego ludziom.
- Stop! - zawołał Daegurth, a wszyscy natychmiast się zatrzymali - Nie ruszać się ścierwa. Albo lepiej, na kolana!
Natychmiast wszyscy ludzie Oren'a padli na kolana, nie wiedząc co się dzieje. Czuli się bezsilni. Daegurth upadł na jedno kolano, wtedy tamci wstali.
- Jednak, jeszcze nie odpocząłeś - powiedział Oren - Kto go zabije i przyniesie do mnie jego ciało dostanie Eren.
Natychmiast wszyscy jego ludzie zaczęli biec w stronę Daegurth'a. Ten zobaczył zbliżającego się pierwszego. Złapał go za ręke i rzucił o kopułę, ten zjechał z niej powoli.

Bart próbował wejść do kopuły, jednak nie mógł za nic. Tak jak wszyscy, ona była niemal nie do przebicia.

Była to bardzo nierówna walka, pełni siły ludzie Oren'a obijali Saiyana jak tylko chcieli, nie mógł nic poradzić, był za słaby, a miecz zostawił w domu, bo mu ciążył. Dostawał cios za ciosem, nawet był cięty brońmi z ostrzami. Wszędzie zostawała jego krew. Nagle lekko zakrzyczał, wszyscy ludzie odlecieli do tyłu, nawet Oren nieco się cofnął. Fala energii jaką wypuścił ich odepchnęła.
- Nigdy nie chciałem tego zrobić - powiedział Daegurth - Chciałem by siła, którą pokaże została tylko dlamnie, jednak nic na to nie poradzę. Bez niej nie mam szans...

"Nie, on chce wezwać Drake'a!" - pomyślał Bart
- Nie wzywaj Drake'a - zakrzyczał Bart - Nie rób tego
- Drake się mnie boi, on jest tylko dodatkiem do mojej prawdziwej siły - powiedział Saiyan - Wszyscy myśleli, że jestem mistrzem umiejętności, że moje techniki są mega silne. A to tylko właściwość Saiyanów, wrodzona. Nabyłem wielką wiedzę przez wiele lat, to już coś. Ale od zawsze, przez wszystkie lata doskonaliłem jedno, sztukę walki wręcz. Pierwszy raz ją zobaczycie, albo raczej NIE zobaczycie...

Ludzie Orena znów rzucili się na Daegurth'a, który wyskoczył na górę kopuły, stanął do góry nogami i śmiał się z nich. Wiedział, że tutaj mogą w niego tylko rzucać. Miał ogromną przewagę, którą zaraz miał zamiar powiększyć. Wiedział, że Oren jest silny, bardzo silny, jest to najsilniejszy człowiek w tym wymiarze.
Szybkim płynnym ruchem sięgnął do rękawów, wyjął stamtąd opaski na ręce, rzucił je na bok. Trochę za mocno rzucił, uderzyły o kopułę wydając głośny metaliczny dźwięk, powodując jej trzęsienie. Zaraz potem sięgnął rękami do nóg, ściągając opaski na nogi i rzucając je trochę lżej na boki. Na sam koniec ściągnął pas i po prostu go puścił.
Wszystkie elementy na raz spadły na dno kopuły, która zaczęła się okropnie trząść i wydała metaliczny odgłos. Jeden z ludzi próbował przeciąć opaskę gdy spadała, jednak wtedy jego miecz pękł, niemal natychmiast.
Daegurth zaczął ruszać powoli rękami i nogami, szyją, jakby się rozciągał, przyzwyczajał. Ściągnął ciężarki, musiał przez moment się przyzwyczaić. Nie ściągał ich od kilku lat, może i kilkunastu. Wciąż dokładał, nigdy odwrotnie.
Oddziały Orena zmobilizowały się, rzucili wszystkimi brońmi w Daegurth'a tak, aby leciały ze wszystkich stron. Gdy zbliżyły się do Daegurth'a, to nagle zaczęły lecieć w drugą stronę.

- Jak on to zrobił!?! - zapytał zaciekawiony Adrian

Saiyan na próbę pstryknął w kopułę, a ta natychmiast zacżęła się trzęść mniej więcej tak, jak po upadnięciu ciężarków. "Dobrze, że jest tu kopuła, inaczej wszystko bym ubazgrał" - pomyślał Daegurth, po czym się lekko schylił...
Nagle wszystko w kopule zaczęło wirować, nie sposób było zobaczyć cokolwiek. Wszystko latało we wszystkie strony. Jedyne co dało się usłyszeć to krzyk wielu setek gardeł.
- AAAaaaaa - zawołał Daegurth, po czym...
Fala krwi rozbryzła się po całej kopule i zaczęła z niej spływać. Nie było widać kompletnie nic.
- Daegurth! - zawołał Bart
Wtedy nagle kopuła się zatrzęsła, raz, drugi, trzeci. Pękła, a fala krwi rozlała się we wszystkie strony. Tam, gdzie wcześniej był środek kopuły stał Daegurth śmiejąc się w głos.
- Ferian, stanąłeś po złej stronie w tej walce! - zawołał śmiejąc się
Człowiek o którym mowa zaczął trząść się ze strachu, błagalnym wzrokiem spojrzał na Perio, który nie mógł zrobić nic.
- Nareszcie, nareszcie będe mógł dokonać tego o czym marzyłem! - zawołał Daegurth śmiejąc się

Mark nagle rozerwał trzymające go liny, znokautował pilnującego go strażnika, po czym powoli podszedł do Daegurth'a. Ten wciąż się śmiał w głos. Nagle Mark rozpłynął się, pojawił się przy Saiyanie, uderzył go z całych sił w żołądek. Saiyan padł na ziemię.
- J... Jak!?! - zdziwili się wszyscy
- Przepraszam, ale sam kazałeś mi to zrobić - powiedział Mark wystawiając ręke, w stronę Daegurth'a. Pojawiła się na niej kula ki, która nagle poleciała w stronę Saiyan'a.

Potężna eksplozja, która zrobiła ogromny krater w ziemi. Mark wiedział, że chybił, powoli się odwrócił łapiąc nadlatującą pięść. Wykręcił ją zmuszając Daegurth'a do padnięcia przed nim w powietrzu. Obaj latali.
Mark rzucił Daegurthem o ziemię, zanim ten jednak spadł, to uderzył go jeszcze trzy razy dobijając.
- Teraz będziesz słuchać? - zapytał spokojnie Mark, nawet nie wyglądał na zmęczonego.
Daegurth spojrzał mu w oczy, jednak coś innego przykuło jego uwagę. Obok prawego oka Mark'a był dziwny, niewielki tatuaż, po środku którego widniało oko. Oko, które patrzyło na Saiyana przypartego do ziemi.
- Zaraz to ty będziesz mnie słuchać! - zawołał Saiyan
Nagle obok Mark'a pojawiło się kilka identycznych postaci, które natychmiast złapały Daegurth'a za ręce i nogi, po czym zaczęły obijać. Klony cienia.

- Mark, co ty robisz!?! - zawołał z oddali, zza krateru, Bart. Nie mógł nic zrobić, był za daleko

Po twarzy Daegurth'a ciekła krew, w praktyce, to twarz była już cała z krwi, nie tylko jego krwi. Stracił większość sił, wtedy Mark powoli podszedł do niego. Dla jego bezpieczeństwa klony wciąż trzymały go za ręce i nogi.
- Inaczej wyglądasz w tym płaszczu - powiedział Mark powoli, a jego głos zaczął się mutować, jakby stawał się starszy, bardziej doniosły - Nieważne, mam dla ciebie wiadomość. Od ciebie.
- Spadaj, bo zaraz... - powiedział resztkami sił Saiyan
- Ktoś wstrzyknął ci taki niezbyt miły preparat - kontynuował nie przejmując się Mark - Który wzmaga agresję i niszczy ciało. Musimy się go pozbyć.
- Zaraz się pozbęde, ale ciebie - mówił dalej Daegurth
Mark wyciągnął obie ręce w stronę skorumpowanego.
- Mówiłeś, że to zadziała - odezwał się Mark - Dlatego pora to sprawdzić
Nagle Saiyan zaczął krzyczeć. Nie zajęło mu nawet sekundy wyrwanie się klonom, jednak nie mógł się ruszyć. Stał jak osłupiały wbijając wzrok w Mark'a.
- Podobno jeszcze nie ma na to leku - kontynuował chłopak - Dlatego jedynym sposobem na zwalczenie jest uwolnienie Drake'a, on na pewno nie będzie chciał stracić swojego ukochanego nosiciela. To nie zgodne z zasadami symbiota.
Chłopak westchnął, po czym zamknął na chwilę oczy. Szybko je otwarł i uderzył Daegurth'a w żołądek z całych sił obiema rękami.
- Fuuin kai! - zawołał szybko, a z ciała Daegurth'a nagle wyleciały tysiące znaków, które rozpłynęły się na niebie.
Sam Saiyan odleciał do tyłu, wbił się w jedną ze ścian krateru. Pokryła go czerwona aura, którą już raz wszyscy widzieli. Podczas walki z Honou.
- Nawet nie wiesz co zrobiłeś - powiedział zaczynając się śmiać Daegurth - Podniosłeś ręke, na swojego mistrza. Teraz czeka cię kara.
Zniknął, pojawił się za Mark'iem i uderzył go ręką. Wtedy zobaczył, że Mark uniknął. Spojrzał na niego: wyglądał zupełnie inaczej. Jego włosy wydłużyły się wielokrotnie i świeciły teraz w kolorze złotym. Mięśnie znacznie urosły. Wszyscy się dziwili, nie wiedząc co to jest. Byli ciekawi, jak on się zamienił w SSJ... Ale nie, to nie wszystko. Mark nie miał brwi, kompletnie zniknęły.
Daegurth nie wyglądał na przejętego, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Uderzył w Mark'a jeszcze raz - ten uniknął. Taki był plan. Pokrywająca ręke aura wydłużyła się i oplotła chłopaka, zaczynając go gnieść. Mark nie mógł się ruszyć.
- Puszczaj! - zawołał patrząc, jak Daegurth szykuje się do uderzenia. Wiedział, że go nie przeżyje, nie teraz, nie w "tym ciele".
Nagle zaczęło się jasno świecić z obu łopatek Mark'a. Jedna, prawa, na czerwono, druga na niebiesko. Daegurth uderzył, jego ręka jednak zatrzymała się na ogniowej barierze, która tylko go poparzyła. Natychmiast aura blokująca Mark'a puściła go. Wtedy fala wody, niewiadomo skąd, wleciała do krateru zalewając go. Nikt już nie mógł więcej zobaczyć co dzieje się w środku.

Mark jednak dobrze wiedział co się dzieje. Daegurth zaczął się topić. Gdy chciał wypłynąć, wtedy woda wciągnęła go jeszcze głębiej.
- Nawet nie wiesz jaką satysfakcją jest pierwszy raz móc cie pokonać - powiedział Mark - Pierwszy, po osiemdziesięciu dziewięciu latach intensywnego treningu.
- Kim... Jesteś!?! - zdążył wybełkotać Daegurth
- Nie pamiętasz? - zapytał zawiedziony Mark - Twoim uczniem, a teraz już czas na mnie. Zrobię tylko jeszcze jedno.
W jego rękach nagle znalazły się ciężarki Daegurth'a, natychmiast podszedł do niego i je założył, a ten opadł na dno krateru.
- Zginąć... W taki głupi sposób... przez wodę... - bełkotał Saiyan, wtedy wokół niego zaczęła formować się kopuła. Jasnoniebieska, cieniutka kopuła, która oddzielała go od wody. Nagle nabrał powietrza i zaczął się krztusić wodą, którą miał w płucach.
- Więc jednak, naprawde potrafisz zaskoczyć - powiedział Mark - W takim razie ci pomogę, zemdlejesz i tak.
Bart wskoczył do wody, ta jednak nie chciała go wpuścić do wewnątrz. Odbił się od niej, jakby jakaś aura nie pozwalała mu wejść. Wtedy zobaczył jak woda zaczęła bulgotać, coraz bardziej i bardziej.
To była tylko kwestia czasu, zanim Daegurth zemdleje. Było za ciepło, woda osiągnęła ogromną temperaturę. Nagle kopuła wokół Saiyana pękła jak bańka mydlana, a woda wlała się do środka. Mark szybko ochłodził jej temperaturę, przy użyciu siły woli. W tym czasie niebieski znak zaświecił jeszcze jaśniej. Podpłynął do Daegurth'a, wyciągnął go na powierzchnię, powoli położył na ziemi. Woda z krateru znikła, po tym jak się wynurzyli, a znaki ukryte pod ubraniem Mark'a, na jego łopatkach, przestały świecić.
- Leż, musisz odpocząć, niech Drake cie wyleczy - powiedział cicho Mark - Do zobaczenia w przyszłości... Za sto czterdzieści trzy lata...
Znak obok jego oka zniknął, wtedy chłopak upadł na ziemię. Zemdlał, tak samo jak Daegurth.

[center]***[/center]

- Wstali już? - zapytał Perio stojący w drzwiach
- Nie, jeszcze - odpowiedział Rayman
- Nie widział ktoś Roksi? - zapytał zaniepokojony Bobercik
- No cóż... Może gdzieś się wygłupia, na pewno wróci - pocieszył Bobercik'a Dyninio
- Dzięki... - odpowiedział Bobercik - Idę jej poszukać
Wyszedł z domu i wrócił do lasu, w którym znajdowała się kryjówka Oren'a. Tam zaczął poszukiwania modląc się, by jego siostra była cała. Choć tego nie okazywał martwił się też o Kris'a, który do tego momentu jeszcze się nie przebudził.
- Na szczęście już po wszystkim... - powiedział Adrian - Nareszcie mogę się wyspać
- Wie ktoś może, co robił tam Mark? - zapytał wreszcie Rayman - Sami widzieliście, położył Daegurth'a bez żadnego trudu. Kim on wogóle jest?
- Nie mam pojęcia - odpowiedział Bart - Może jest ktoś na tyle mądry, by odpowiedzieć?
Spojrzał na twarze pozostałych, które wciąż wbijały swój niepewny wzrok w jakieś miejsce. Nikt nie wiedział o co w tym wszystkim chodziło, choć bardzo blisko prawdy był sam Bart. Przez moment czuł to co Daegurth, czuł jego gniew, nienaturalny, jednak skąd mógł wiedzieć, że to choroba? Teraz liczył na to, że wszystko będzie w porządku.
- A widział ktoś co zrobił Daegurth? - zapytał Adrian - Wtedy, jak ściągnął te opaski, ktokolwiek?
Cisza. Nie usłyszał odpowiedzi, nikt jej nie znał, albo nie chcieli jej udzielić.
Drzwi do pokoju Daegurth'a nagle wyleciały i roztrzaskały się na ścianie, sam Saiyan przeszedł przez powstałą szczelinę. Pokryty był czerwoną aurą, nikt nie wiedział co się dzieje.
- Leżeć! - zawrzeszczał pełen gniewu w głosie
Wszyscy jak jeden mąż padli na ziemię i nie mogli wstać.
- Co jest...? - dziwił się Adrian
Daegurth zaczął stawiać kroki w stronę pokoju Mark'a, wyrwał drzwi potężnym szarpnięciem. Rozleciały się w powietrzu na kawałki. Podszedł do leżącego Mark'a, podniósł go lewą ręką za szyję. Nieco zacisnął.
- Zginiesz gnido - powiedział - Za to, że chciałeś się wpier*olić w moje sprawy.
Jego głos był spokojny i pewny, a jednocześnie brzmiał tak nierealnie. Saiyan podniósł prawą ręke do góry, pokrywająca go aura zaczęła wrzeć. Uformował pięść, jednak ręka z czerwonej energii wciąż była otwarta. Złapała Mark'a, żeby nie mógł jakimś sposobem uciec.
Uszy Daegurth'a wyłapały cichy jęk. Jego oczy natychmiast otwarły się szeroko. Rzucił nieprzytomnym Mark'iem o ścianę, po czym w mgnieniu oka pojawił się w salonie przy Ryuryi. Leżała na ziemi i cicho szlochała, miała przebity bark kawałkami szkła. Gdy upadała na podłogę w odpowiedzi na rozkaz Daegurth'a nadziała się na szklankę.
Saiyan pochylił się nad krwawiącą księżniczką, z jego oczu zniknęła nienawiść, złość, na moment. Tylko na moment.
Poczuł ból, czuł jak jego własna, ciepła krew płynie po jego plecach. Nie przejmował się tym. Kolejne cięcie - nic. Pochylił się nad księżniczką nie reagując na cięcia.
- Nie martw się - powiedział swoim, cichym i zachwianym głosem - Wszystko będzie dobrze
Ryurya zobaczyła jak krew Daegurth'a wzbija się nad nim samym. W jej oczach pojawiły się łzy, chciała mu jakoś pomóc, jednak ręce z czerwonej energii przyparły ją do podłogi tak, że nie mogła się ruszyć. Wtedy Saiyan przybliżył swoje prawdziwe ręce do jej barku. Zobaczyła jak kawałki szkła wylatują z jej ciała momentalnie, a zaraz po tym skóra zaczyna się zrastać.
Tym rasem Saiyan poczuł ból, za trzecim razem. Przeszywający ból na plecach, czuł zimno, straszny chłód. Zobaczył jak jego ręce zaczynają zamarzać. Obrócił się powoli, chciał zobaczyć twarz tego, który powstrzymał go przed zabiciem Ryuryi...
Był to Kris, wspierał się na nodze i bardzo powoli, niezgrabnymi ruchami ruszał swoim mieczem. "Nareszcie" - pomyślał Daegurth
- Kiedy mnie nie będzie... - zaczął głośno Saiyan - Ocalcie ten wymiar, proszę... Kris, tnij!
Daegurth nadstawił kark Krisowi. Ten nie chciał zabijać swojego mistrza, jednak dostał rozkaz telepatyczny, nie mógł na to nic poradzić. "Stój!" - usłyszał rozkaz w myślach Kris, a jego ręka zatrzymała się.
- Cholera jasna... - powiedział Daegurth - Kris, postaraj się, nie słuchaj moich rozkazów, zabij mnie, to wraca, za chwilę stracę... Leżeć!
Kris padł na ziemię, zamrożone ręce i plecy Daegurth'a zaczęły odmarzać i się goić. Powoli wstał nie czując już bólu, spojrzał znów pełnym złości wzrokiem na Kris'a.
- Co ja mówię, zabić mnie? - zapytał jakby sam siebie Daegurth - Poje*ało mnie chyba. Za to, że słuchasz takich ku*wa rozkazów dostaniesz.
Wystawił prawą ręke w bok. Nad nią zaczęła krążyć jasna, niebieska energia, coraz szybciej i szybciej, nabrała kształt kuli. Czerwona energia, którą dawał Saiyanowi Drake ustąpiła miejsca kuli. Daegurth jeszcze raz spojrzał na Kris'a, po czym wyprostował ręke w jego stronę
- Rasengan! - zawołał
Nagle jego zmysły wróciły, stał się znów normalny, gdy kula niemalże dotknęła Kris'a. Wiedział, że jego uczeń nie przeżyje tego ataku, jeszcze nie teraz. Był zbyt wyczerpany, a on, nawet gdyby przerwał teraz atak, wysadziłby cały dom. "Co robić..." - zaczął się zastanawiać - "Co robić...?". Zamknął oczy, Kris zobaczył jak jego głowa zaczęła się trząść. "Zamknij oczy... Proszę..." - usłyszał w myślach. Posłuchał.
Daegurth otwarł oczy wołając "Shingan!", a kula w jego ręce nagle zniknęła. Po chwili rozpłynął się kawałek dywanu i podłogi pod Krisem, nikt nie zobaczył jak to wszystko w mgnieniu oka wlatuje w źrenice Saiyana. Daegurth zamknął oczy i chwycił się oburącz za głowę. Niewidzialna siła odrzuciła go nieco do tyłu, upadł na plecy i zaczął co chwile obracać się z boku na bok.
- Ehhh, roz*ebałbym coś... - powiedział leżąc na ziemi - Ku*wa, nie wiem co, ale nieźle mnie wk*rwia...
"A może on tylko gra?" - zastanawiał się Kris - "Bawi się w aktora, bo wie, że zginąłby? Co wtedy?".
- Kris, jaka z ciebie ciota - powiedział Saiyan zaczynając cicho chichotać na podłodze
"O nie, przeczytał moje myśli!" - pomyślał Kris - "Cholerka, może być nie miło..."
- Nawet ku*wa porządnie ciąć nie umiesz - dokończył Daegurth otwierając oczy - Idź lepiej w las, wraz ze swoim mieczem... Wstawać sieroty!
Wszyscy natychmiast się podnieśli, musieli, to był rozkaz, któremu nikt w domu nie mógł się przeciwstawić. A raczej każdy mógł, ale nikt nie umiał.
- Zróbcie coś dla mnie - powiedział Saiyan - cenzura mnie, tylko tak porządnie, żebym ku*wa poleżał co najmniej do jutra... Ryurya? Magiczny sen może?
Księżniczka podeszła do leżącego i zaczęła ruszać ręką. Tuż za jej delikatną skórą widać było niedużą smugę niebieskiej aury, która zataczała kręgi i rysowała znaki w powietrzu. Wreszcie Ryurya wyprostowała ręke, a Daegurth natychmiast padł na ziemię zamykając oczy. Westchnęła kopiąc Saiyana w krocze, ten nawet się nie przejął: spał magicznym snem, ciężko było go dobudzić.

[center]***[/center]

- Długo będzie spał? - zapytał Bart podchodząc do Ryuryi
- Dopóki go nie obudzę - odpowiedziała księżniczka
- Czyli? - dopytał Bart - Przydałoby się wiedzieć
- Przez dzień, może dwa - ciągła - wtedy powinien być spokojniejszy
Bobercik podszedł do Bart'a, jednak tak naprawdę chciał się coś zapytać księżniczki.
- Hej, o czym gadacie? - zapytał
- O niczym, a co? - zapytał Bart - Wysłali cię na przeszpiegi?
Saiyan spojrzał na wpatrujących się w Bobercik'a Adriana, Dyninia, Raymana i Kris'a. Tamci natychmiast odwrócili wzrok.
- Wiesz, wyciągnąłem najkrótszy sznurek... - powiedział Bobercik drapiąc się po głowie - Ale dobra, czas zapytać. Ryurya, wszyscy są ciekawi za co uderzyłaś... Za co księżniczka uderzyła Daegurth'a tak brutalnie
- Miałam swoje powody - odpowiedziała krótko - Nie twój interes
- A jak ładnie poproszę? - zapytał Bobercik wydając z ledwością rozkaz "Powiedz!" w myślach. Zadziałało.
- Kiedyś był w stanie oprzeć się kontroli, gdy tysiąc osób próbowało nim manipulować. A teraz dał się pokonać głupiemu wirusowi. W naszym świecie... Wymiarze potrafił pozbyć się niemal każdej choroby w ciągu chwili, a tutaj? Udaje słabego... Zresztą, czemu ja to mówię? - zapytała sama siebie Ryurya - Chyba nie rzuciłeś na mnie uroku, nieprawdaż?
- Nie, skąd. Nie umiem nawet - odpowiedział szybko Bobercik - Ale dzięki za odpowiedź!
"Yeah! Zadziałało!" - pomyślał Bobercik zamykając oczy - "No, jeszcze trochę i będe potrafił ciekawsze rzeczy!".

- Hej, Kris, co ci jest? - zapytał Adrian patrząc jak temu lekko, niemal niewidocznie, trzęsą się ręce.
Chłopak spojrzał na Adrian'a jakimś proszącym o pomoc wzrokiem. Początkowo Adrian tego nie zobaczył, po chwili ujrzał ten nieobecny wzrok Kris'a. Podszedł do niego, potrząsnął nim lekko.
- Kris, co jest? - zapytał jeszcze raz
- On miał racje - powiedział szybko Kris - Jaka ze mnie ciota, przecież on był obrócony plecami, uderzyłem go kilka razy, a on? Jakby nic... Albo ja jestem ciota, albo on taki silny...
- Ja myślę, że to drugie - powiedział Adrian - Zauważyłeś co zrobił w tej kopule? Ja nie, ale to czułem
Kris podniósł wzrok na Adriana, wcześniej wodził nim we wszystkie strony, jakby szukał odpowiedzi.
- Nie po to uczył nas kontroli energii, wyczuwania jej i tak dalej - kontynuował Adrian - Czułem jak się przemieszcza i na ten jeden moment, ułamek sekundy, poczułem tą ogromną moc ruszającą się z niesamowitą prędkością. Nie wierzę, by się wygłupiał w tamtym momencie, użył całej siły i widziałeś efekt.
- Nie, on nie jest silny - powiedział Dyninio wbijając się w rozmowę - Ale też nie jest słaby. Wiecie jak to jest gdy się długo nie trenuje? Ja wiem, bo byłem sportowcem. On właśnie to ma, nie pamięta jak się walczy, dlatego nie jest silny, nie tak jak kiedyś
- Może i masz rację, ale dlaczego w takim wypadku nie będzie trenować? - zapytał Adrian
- Boi się - powiedział Rayman patrząc na rozmawiającego z Ryuryą Bobercika - Widzieliście co zrobił w tej kopule. Boi się, że coś takiego zrobi, gdy będzie trenować. Dlatego nie używa w walce z nami pełnej mocy. Po prostu się boi, o nas i o siebie.
- Adrian - powiedział Kris stanowczym głosem - Chcę, żebyś mi pomógł. Co ty na to?
- A w czym mogę pomóc? - zapytał Adrian uśmiechając się. Wiedział przecież o co chodzi.
- Musi mi ktoś pomóc trenować, a ostatnimi czasy ty wydajesz się do tego najlepszy - powiedział Kris - Nie wiem kiedy, ale stałeś się niesamowicie mocny.
- Wydaje ci się - powiedział Adrian - To Daegurth był mocny, my jesteśmy właśnie tym, czym on nas stworzył. Jak myślisz, czy jeżeli chciałby zrobić coś złego, a opiecywałby skarby, pomógłbyś mu?
- Nie - powiedział stanowczo Kris - Nie ma mowy, starałbym się go...
- Wesprzeć - przerwał mu Adrian - Nie miał byś na to wpływu, po prostu nie miałeś okazji się przekonać
- Nie chcę się kłucić. W każdym razie, co z tym treningiem? - zapytał Kris
- Dobra, tylko coś zjem, pasuje? - zapytał Adrian
- Jasne, oby tylko to nie trwało zbyt długo - odpowiedział Kris
Ostatnio zmieniony śr sie 29, 2007 11:53 am przez Dae, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
Awatar użytkownika
Dae
Zasłużony
Posty: 1200
Rejestracja: śr gru 22, 2004 1:26 pm
Lokalizacja: Bukowno

Post autor: Dae »

Rauko i Acer utrzymywali się w powietrzu, wciąż tkwili w kopule po której wydawałoby się, że skaczą pioruny. Wiedzieli, że nie mogą tak po prostu strzelić kulą ki, by wysadzić tą ściane. Zorientowali się w porę o właściwościach tej bariery - odbijała energię w kierunku przeciwnym.
- Nie wiem jak u ciebie - zaczął Rauko rozglądając się wokół, jakby szukał możliwości na wyjście z kopuły - Ale mi już zaczyna brakować siły
- Ja jeszcze wytrzymam, w każdym razie nie wiecznie - odpowiedział jego towarzysz doli
Rauko wiedział, że już czas stąd pryskać. Miał mniej mocy, niż na to wyglądał, sam nie wiedział kiedy stracił tyle energii.
- Czas stąd spadać - powiedział - Acer, odsuń się pod sam koniec kopuły
Nie miał pojęcia o co chodzi temu białowłosemu chłopakowi, ale posłuchał. Chciał sprawdzić co tak naprawde potrafi, wiedział, że jeszcze nie pokazał wszystkich kart. Zresztą tak jak on, tyle że okoliczności pozwoliły na to, że on pierwszy się przekona o części z asów Rauko.
Chłopak zamknął oczy i nagle, niesamowicie szybko, jego skóra stała się cała czarna. Mięśnie stwarniały, zacisnęły się, gdzieniegdzie przebiegała cienka czerwona linia. Z łopatek wyrosły skrzydła, jak u nietoperza, ale wielokrotnie większe. Twarz nabrała dziwnego wyrazu, zmieniła się nie do poznania.
Acer nie wiedział co myśleć o Rauko, nie wiedział, że jest demonem, czy bóg jeden wie kim... czym jeszcze!
Rauko lekko zadrapał się w ręke swoimi, ostrymi teraz, pazurami. Zaczęła spływać po nim krew, nabrał trochę do prawej ręki, po czym przeciął nią powietrze, jakby chciał kogoś rozszarpać przy pomocy szponów-pazurów. W tym momencie z jego ręki wyleciało pięć ogromnych czerwonych fal, które bez problemu zmiotły barierę, a potem rozcięły wzgórze znikając w oddali.
Skóra Rauko stopniowo zaczęła wracać do normy, stawała się jaśniejsza od końców rąk i nóg po klatkę piersiową. Skrzydła wbiły się w plecy znikając doszczętnie, twarz stała się normalna, ludzka, do jakiej Acer zdążył się przyzwyczaić. Nie wiedział co powiedzieć, drugi raz w życiu się przestraszył. Wisiał w powietrzu jak wryty. Rauko musiał wreszcie coś powiedzieć.
- No co tak stoisz, nigdy nie widziałeś porządnej przemiany? - zapytał nieco oburzony - Idziesz, czy nie? Muszę porozmawiać z Daegurth'em
- To jakaś szycha? - Acer zadał pytanie wracając do zmysłów
- Można tak powiedzieć, bo to po niego przyszli. A teraz chodź, albo spadaj, twój wybór - wyjaśnił szybko Rauko lądując na ziemi.
Obaj byli bardzo zadowoleni, że mogą odpocząć od ciągłego lotu, obaj nie sądzili, że taką radość da im kiedyś możliwość stania na gruncie.

[center]***[/center]

- Gdzie ja jestem? - usłyszał głośno wokół siebie. Rozejrzał się, ciemność po każdej jego stronie stawała się nie do zniesienia. - Kim ja jestem? Co tu robię?
Postawił krok do przodu, stanął na czymś. Na niewidocznym gruncie.
- Ja... Pamiętam... To sen... - uświadamiał sobie powoli Daegurth - Już kiedyś taki miałem, kilka razy, ale...
Obrócił głowę w lewą stronę, zobaczył ogromnego smoka, który zaryczał w jego stronę. Saiyan postawił krok do tyłu, poczuł, że stoi na krawędzi. Spojrzał za siebie - stał nad przepaścią. Zaczął biec wzdłuż niej nie oglądając się wstecz. Nagle stał się mały, taki jak w wieku kilku lat. Biegł dalej, nie zwalniał ani na chwilę, a wciąż słyszał ryki smoka i czuł jego ciężki oddech na swoich plecach. Nie widział nic przed sobą, tracił nadzieję, jednak w jego głowie wciąż ukazywały się twarze jego przyjaciół, dla których chce żyć. Wreszcze stanął jak wryty widząc samego siebie, z opuszczoną głową. Nagle podniósł ją, a w jego oczach wirowało coś na kształt czarnej dziury.
Mały chłopak przeraził się, zaczął biec jak najdalej od krawędzi, nie oglądając się. "Dlaczego ja uciekam?" - pomyślał. Zupełnie nie wiedział dlaczego to robi. Nagle poczuł jak obłażą go robaki, zaczął je z siebie ztrzepywać nie zwalniając nawet na moment.
- Odczepcie się ode mnie! - zawołał - Wszyscy! Wszyscy!
Nagle wszystko znikło, została tylko ciemność. Zaczął kroczyć przed siebie, powoli, niepewnie, nie wiedząc co z nim będzie, gdy zobaczył dziewięć osób w dziwnych czarnych płaszczach pokrytych czerwonymi chmurkami. Otwarli przed nim ręce, poszedł do nich...
- On jest niesamowity - usłyszał za plecami
- Tak, z pewnością - inny głos odezwał się nieco bardziej na lewo
- Dlatego musi stać się jednym z nas, już za niedługo - powiedział znów ktoś inny
Chłopak uśmiechał się, był głaskany przez o wiele większe od niego postacie, bawił się z nimi i ćwiczył, niemal nie widział ich twarzy.
Huk, pisk, szum. Nieustający ból głowy spowodowany tym dziwnym dźwiękiem, czarne dziury wszędzie dookoła. Trzeba uciekać, strach, strach włada młodym chłopcem. Chce wołać o ratunek, ale nie ma siły, słyszy za to wołania innych i nie może im pomóc. Smok pojawia się tuż obok niego, z drugiej strony widzi siebie, nieco starszego, o czerwonych oczach w których wirowały czarne obłoki. Smok i jego podobizna zaczęły ze sobą walczyć, była to długa walka, bardzo długa. Wreszcie chłopak wystawił ręke w stronę swojej podobizny, a ta zniknęła, wszystkie czarne dziury też... Wszystko zniknęło, została tylko pustka i uczucie strachu, strasznej winy oraz niezaspokojonych ambicji.
- Nie! - usłyszał nagle ze wszystkich stron - Nie!
- To on, to dziwne dziecko - usłyszał kobiecy głos
- Nie podchodź! - zawrzeszczał ktoś, chłopak tylko odwrócił nieco głowę, po czym ją schował
- Odsuń się od niego! - przestraszył go ktoś, młody Saiyan się przewrócił i zaczął szlochać...
"Niech to się skończy!" - mówił sobie w myślach - "Niech to się wreszcie skończy!"
Poczuł czyjś dotyk na ramieniu, odwrócił głowę. Wysoki mężczyzna pomógł mu stać. Obok niego stała białowłosa dziewczyna i chłopak o brąz włosach.
- Zabijcie mnie! - zawołał nagle młody Saiyan - Proszę, to naprawi wszystko!
Wszyscy spojrzeli na niego poważnie, podnieśli noże. "Nareszcie odpoczne..." - pomyślał chłopak, gdy nagle wszystkie ostrza upadły. Poczuł się dziwnie, ta otaczająca go aura... I ci ludzie, którzy go obejmowali.
- Wszystko będzie dobrze - usłyszał - Nie przejmuj się
- Zaopiekuję się tobą - powiedziała dziewczyna
- Obronię cie - powiedział mężczyzna
- Pomogę ci - odezwał się brunet
Daegurth zaczął szlochać jeszcze głośniej. Tym razem ze szczęścia...
Otwarł oczy ze zdziwienia słysząc jęki. Obejmujące go postacie miały szeroko otwarte oczy, całe zakrwawione. Czuł jak po jego ciele spływa krew, ich krew.
- Pomóż... - usłyszał głos wszystkich trzech
Nie wiedział co zrobić, nie wiedział jak to zrobić...
"Błagam, niech się obudzę! Ja nie chcę dłużej!" - wykrzyczał w myślach, jednak nic nie mógł poradzić. Jakaś niewidzialna siła oderwała go od postaci, które go obejmowały, po czym zabrała w nieznane. Nawet nie zdążył się pożegnać, podziękować, przeprosić. Było mu źle, bardzo źle. Upadł na twarz i przestał się ruszać. W tym momencie poczuł na plecach ten niechciany, ciepły oddech. Wiedział, że jest za nim to, od czego uciekał przez całe życie. Bał się obrócić, jednak nie zależało mu już. Obrócił się i zobaczył przerośniętą, uskrzydloną jaszczurkę. Uśmiechnęła się po czym...
Wszystko wokół, cała czerń, zmieniła kolor, znikła, ustępując miejsca szkarłatnej czerwieni. Saiyan zobaczył setki zmasakrowanych ciał wokół siebie, krew wszędzie, nawet na nim. Zwymiotował. Zobaczył między swoimi wymiocinami serce, ludzkie serce. Zaczął płakać głośniej niż kiedykolwiek.
"Błagam, obudźcie mnie... To musi być sen" - pomyślał tracąc nadzieję
Klęczał obojętnie, czuł na sobie setki par oczu przerażonych istot, zaczynał topić się w krwi otaczających go ciał. Wkrótce wylądował w czerwonym morzu posoki. Zaczął ją połykać chcąc nabrać powietrza.

[center]***[/center]

- Perio i co teraz? - zapytał Bobercik - Co będziesz robić po tym, jak zginął Oren?
Niewiele starszy od niego chłopak spojrzał mu prosto w oczy. Nie wiedział co będzie, nie myślał o tym. Pewien był jednego - nie chciał nigdy więcej trafić w takie bagno.
- Nie wiem - odpowiedział - Ale tym razem mogę chociaż sam zadecydować
- Więc życzę powodzenia - pocieszył go Bobercik
Perio uśmiechnął się i kiwnął głową cichutko dziękując. Zawołał wszystkich pozostałych członków armii Oren'a, której stał się niespodziewania szefem. Postanowił zmienić wizerunek tej organizacji, nie dążyć do zdobycia władzy, ale do tego, by chronić przed takim przypadkiem.

Tymczasem Kris i Adrian trenowali. Ten drugi uśmiechnął się, bowiem Kris okazał się silniejszy niż się spodziewał. Prawie wcale nie używał miecza, gdyż nie dawał mu na to szans, ten jednak tak dopracował swoje umiejętności, że nie szło mu to najgorzej.
Adrian wyskoczył wysoko, rozpłynął się w powietrzu, pojawił tuż za Krisem chcąc zasadzić mu kopniak, który wysadziłby go na sam księżyc. Musiał jednak się zatrzymać, bo Kris zastawił mu drogę ostrzem miecza. Wtedy Adrian odbił się od ziemi, zrobił akrobację przypominającą wyglądem gwiazdę, przez co znalazł się w wygodniejszej do ataku pozycji. Szybko odbił się rękami od podłoża, co zmyliło nieco Krisa, który już machnął mieczem po ziemi.
- Za wolno - powiedział Adrian
Jego przeciwnik uśmiechnął się. "Co on knuje? Dlaczego uśmiecha się w tej sytuacji?" - zastanawiał się Adrian przelatując nad miecznikiem. Wtedy Kris wykonał ledwie widoczny gest ręką, ruch palcami, który wydawał się tylko małym trzęsieniem. Adrian poczuł jak będąc w powietrzu traci równowagę, przez co musiał podeprzeć się, by nie upaść na twarz.
- Jak to zrobiłeś? - zapytał Adrian
- Daegurth jednak faktycznie czegoś uczy - odpowiedział Kris unosząc lewą ręke do góry, po czym szybko machnął nią w dół.
Adrian poczuł się dziwnie, nagle upadł na kolana, jakby jego ciało ważyło tonę. Zobaczył jak ziemia pod nim zaczyna się wgniatać głębiej, pękać. Czuł pieczenie, jednocześnie od strony ziemi, jak i od góry, gdzie było powietrze.
- Potrafi... - dopowiedział Adrian, po czym zniknął.
Kris ujrzał tylko biegnącą obok niego smugę światła. "Kto by pomyślał, że będe musiał się aż tak starać. Myślałem, że tylko ja i Dyninio jesteśmy tak silni, okazuje się, że nie" - podsumował w myślach Adrian mknący wokół osłupiałego Krisa. Nagle smuga światła znikła, Adrian pojawił się tuż przed nią wykonując potężny kopniak. Niespodziewający się niczego Kris nie miał szans, dostał w szyję, po czym zaczął lecieć dzięki nabranemu impetowi. Podczas lotu wymanewrował, obrócił się. Zobaczył jak jego miecz przez moment błysnął, poczuł jak zapulsował mu w ręce. "To jest ten moment" - pomyślał.
- Frost Diver! - zawołał tnąc powietrze mieczem
Z ostrza wyleciało chłodne powietrze, które zamrażało wszystko po drodze, zbliżając się do samego Adriana. Do tego te ogromne sople lodu nie wiadomo skąd... W mgnieniu oka złapały i Adriana w swoje sidła, był on teraz uwieczniony jako żywa istota w krysztale lodu.
Kris wbił się w skałę tuż za nim, jednak szybko z niej wybiegł nie zdając sobie sprawy, że całą ją rozciął. Dobiegł do kryształu, zobaczył jasny błysk ze środka, przymknął oczy. Usłyszał cichy krzyk, nagle lód pękł rozlatując się na kawałeczki, a Adrian kompletnie zniknął. Kris zaczął się rozglądać.
- Psst, za tobą! - usłyszał cichy głos
Obrócił się i zobaczył Adrian'a. Jak on tam się dostał? Nie wiedział, chciał go zaatakować, aby kontynuować trening, jednak się powstrzymał, gdy Adrian go o to poprosił.
- Nie wiem po co ten trening - wyjaśnił - jesteś naprawde silny i faktycznie mogę cie mimo wszystko podszkolić, ale nie w tym rzecz
- Jak to? - zapytał Kris - Przecież świetnie nam idzie!
- Niby tak - przyznał Adrian, po czym westchnął szybko - Tylko, że ja nie mam pojęcia o mieczach, może lepiej będzie, gdybyś potrenował z kimś kto się na tym zna?
- A z kim niby? - zapytał - Przecież Daegurth śpi... A nikogo innego nie znam
- Może z tym facetem - przerwał szybko Krisowi - Tym, który walczył z tym... Jak mu tam? O, wiem, Honou. Miał miecz, nie używał, ale miał. I raczej nie wierzę by nosił miecz tak dla picu. Jak go zobaczysz, to nie zapomnij zapytać
- Żebyś wiedział, że nie zapomne - zapewnił przyjaciela Kris - I dzięki za trening, mistrzu!
Adrian się roześmiał. Mistrzu, dobre sobie, lepiej mnie nazwać nie mógł...

[center]***[/center]

"Ciężko, ciężko..." - myślał Bobercik. Jako jeden z nielicznych czuł, że coś jest nie tak. Nie wiedział dokładnie co, ale był pewien, że stanie się coś złego. Nie czuł już na sobie tej tarczy, która zawsze go broniła. Dopiero teraz to dostrzegł, obrócił się za siebie, zobaczył tylko ścianę. Wcześniej zawsze coś czuł, nieważne gdzie był. Nawet jak był ranny to czuł na sobie czyjś wzrok przenikający go głęboko, planujący każdy ruch, sprawdzający sytuację... Teraz mu tego brakowało, choć nie wiedział wogóle co to było.
Westchnął.
- Idę się przejść - powiedział do reszty domowników - Wrócę za jakiś czas
Wszyscy kiwnęli mu głowami na pożegnanie, po czym powoli, nie spiesząc się, wyszedł z domu. Spojrzał wysoko, w chmury. "Jakbym chciał się tam znaleźć, móc szybować wśród obłoków... I wogóle" - pomyślał, po czym zaczął iść przed siebie. Wsadził ręce do kieszeni i spacerował po osiedlu.
Zebrał się wiatr, dość chłodny i gwałtowny. Niezbyt ciepło ubrany Bobercik poczuł ciarki na plecach - tak naprawnę było mu po prostu zimno. Nie minęło dużo czasu, jak na niebie pojawiły się czarne chmury i zaczęło grzmieć.
- No, pięknie, burza w środku lata... - podsumował na głos wzdychają
Postanowił czym prędzej wrócić do domu, nie chciał być cały mokry, a zapowiadał się deszcz. Jego prognoza szybko się sprawdziła, nie stawił dziesięciu kroków, a już czuł na sobie pierwsze krople. Nie spieszył się do domu, wiedział, że biegnąc zmoknie tak samo, a tylko się zmęczy.
Widoczność zmniejszała się z minuty na minutę, Bobercik czuł na sobie coraz więcej kropel deszczu. Po chwili zobaczył jak o ziemię rozbijają się niewielkie śnieżne kulki - grad - pomyślał, jednak wcale nie bolało, gdy dostawał kolejnymi kulkami. Przynajmniej narazie i bynajmniej tylko jego.
Ulica była pełna biegnących do schronienia ludzi, wszyscy krzyczeli z bólu. Kulki gradu wciąż spadały z nieba, coraz większe i większe. Wkrótce nawet Bobercik poczuł je na ciele - kilkucentymetrowe kulki uderzały go to w głowę, to w ramię, tudzież gdzie indziej.
Jego chód prerodził się w trucht, a wkrótce w szybkie skoki. Starał się unikać niszczących otoczenie kulek, jednak było ich nieco za dużo. Na szczęście widział już dom Hebrid'a i nie myśląc wskoczył przez otwarte okno do pokoju Daegurth'a.
Pierwsze co zrobił to ztrzepał z siebie śnieg i lód, a wcale nie było ich mało. Oprócz tego pojęczał trochę z bólu i wyjrzał za okno. Słońce złośliwie nie przebijało się przez ciemne chmury, było ciemno, jak na godzinę czternastą. Słyszał krzyki nocy, setki ludzi leżało na ulicy nie ruszając się już wogóle, bardzo wiele osób krzyczało.
- Co to cholera jest!?! - zapytał nie wiedząc wogóle co się dzieje
Obejrzał się za siebie, zobaczył jak Daegurth lężąc na łóżku trzęsie się. Nie wiedział czy to z zimna, czy z innego powodu, ale dla pewności przykrył go kołdrą, po czym spojrzał na jego twarz jeszcze raz. Zobaczył dziwny grymas, przez moment, a potem wróciła do normy. Czyżby dręczyły go sny? - zastanawiał się wpatrując w leżącego - No cóż, sprawdzimy...
Skupił się, lekko przymknął oczy, patrzył w stronę leżącego Saiyana, wgłąb, czuł jak dociera coraz głębiej i głębiej... Wreszcie minął jakąś barierę, potem następną, jakby wogóle nie działały. Przechodząc przez dziwne bariery podobne do błon czuł się dziwnie, nagle na moment ogarniało go ciepło... Wreszcie dostał się w całkiem ciemne miejsce, w którym nie było widać nic.
Zaczął spadać w czeluści niekończącego się mroku. Po kilku chwilach zobaczył niewielkie światełko na dole. Zbliżał się stopniowo do niego. To był jedyny punkt zaczepienia w tym bezkresie. Wkrótce całe światełko stało się nieco większe, wtedy Bobercik zobaczył siedzącego pośrodku Daegurth'a. Był pewien, że to on, nie wiedział początkowo co robi, jednak po kilku chwilach spadania zobaczył. Jego głowa utkwiła gdzieś w mroku, ręce opatały nogi przysunięte do klatki piersiowej. Powoli oddychał, ledwie widocznie.
Szept nieopodal, dziwny dźwięk, niczym bardzo cicha grzechotka i syk. Bobercik obrócił głowę i ujrzał ogromnego smoka. Mierzył co najmniej trzydzieści metrów długości przy wyprostowanym ogonie. Cicho skomlał wpatrując się w Daegurth'a.
Nagle z drugiej strony, na przeciw smoka, pokazał się drugi Daegurth. Miał opuszczoną nieco głowę i wydawałoby się, że coś go rozbawiło, bowiem bezgłośnie się śmiał. Podniósł wzrok, a w jego czerwonych źrenicach malowały się czarne dziury.
- Co to jest? - zadał sobie pytanie Bobercik - To niby ma być ten koszmar?
Podszedł do podświetlonego miejsca w którym był Daegurth, spojrzał mu w oczy, które były kompletnie puste, białe jak mleko.
- Jak!?! - zdziwił się Bobercik odskakując
Poczuł na sobie niechciany wzrok. Obrócił się, smok był tuż przy nim.
- Przynajmniej zjem sobie coś - powiedział gad dziwnym głosem, po czym ziewnął
On chce mnie zjeść!?! - zdziwił się Bobercik, gdy nagle jego ciało oplątał ogon pełen łusek. Zgniótł go nieco, po czym zaczął nim trząść. Zbliżył go do paszczy szczerząc zęby.
- Nie - powiedział spokojnie siedzący w podświetlonym miejscu Daegurth - Tknij go, a zgniniesz
Smok spojrzał na Saiyana z niepokojem, jakby naprawde się wystraszył, po czym odłożył Bobercika łagodnie na miejsce.
- Dlaczego... - powiedział Bobercik, jednak Daegurth mu przerwał
- Staram się nie myśleć o niczym, wtedy nie widać tych obrazów - powiedział powoli i spokojnie Saiyan nawet nie mróżąc okiem
"To dlatego wszystko jest tutaj takie spokojne" - pomyślał Bobercik - "On stara się nie myśleć, wogóle, dlatego nic nie widać... Ciekawe, co dzieje się głębiej?". Wytężył wzrok, jakby chciał przeszyć ciało Saiyana na wylot. Nic mu jednak nie wyszło. Schylił się, stanął lekko na nogach, rozluźnił mięśnie i skupił jak tylko mógł na Daegurth'u.
- Mówiłem, żebyś nie próbował mi wchodzić do umysłu - usłyszał głos Saiyana - Teraz już za późno, złamałeś bariery...
Nagle wszystko stało się czerwone. Niebo, niekończące się podłoże, wszystko. Bobercik zaczął się rozglądać nie wiedząc co się dzieje, kiedy nagle przypłynęła ku nim czerwona fala. Już z daleka śmierdziała rozkładem, nie problem było zobaczyć setki ciągniętych ciał przez fale sięgające dziesięciu metrów wysokości. Smok widniejący na tle nieba, od którego niemal się nie odróżniał, uśmiechnął się w szeroko, iście diabelsko.
Bobercik natychmiast odskoczył wyskoko wzbijając się ponad fale, kiedy to zrobił zobaczył jak Drake zionął w jego stronę ogniem. Zasłonił się rękami, które zaczęły go boleć jak nigdy. Po chwili ból pochłonął całe ciało, a ręce straciły czucie.
- AAAAAAAaaaaaaaaaaa! - zakrzyczał Bobercik nie mogąc wytrzymać tej strasznej temperatury

Daegurth był teraz głęboko pod powierzchnią krwi. Przed połknięciem choćby jednej kropli dzieliły go sekundy, kompletnie nie miał siły na nic, a powietrza też zaczynało mu brakować. Zacisnął zęby i pięści czekając na cud...

Bobercik nareszcie przestał czuć na sobie gorące powietrze, wpadł do ciągnącej się tuż pod nim fali i zaczął się krztusić. Dostał szoku termicznego, spod tak ogromnej temperatury wpadł do o wiele zimniejszej wody. Bezradnie ruszał rękami i nogami próbując wydostać się na brzeg. Daegurth zaczął się trząść wciąż czując się bezradnie, gdy jego uczeń i przyjaciel zmagał się z cieczą.
- Nie mogę tego zatrzymać - powiedział cicho Saiyan - Przepraszam, Bobercik, ty już... Nie odzyskasz przytomności...
Chłopak mimo wszystko słyszał wszystko co powiedział Daegurth, nie wiedział jak i teraz go to nie obchodziło. Myślał teraz tylko o jednym: Co zrobić, co zrobić by nie umrzeć?
- Nie myśl tak... - powiedział Daegurth - Nie myśl tak głośno... Proszę...
"Łatwo powiedzieć!" - chciał wywrzeszczeć Bobercik - "To nie ty umrzesz!".
Saiyan zacisnął pięści jeszcze mocniej, trząsł się naprawdę znacznie, po czym nagle przestał. Znów siedział spokojnie nie ruszając się wogóle.
- Masz racje, choć boisz się tego powiedzieć - odezwał się nagle spokojnym, pewnym siebie głosem - Tak, boję się, że będe gorszy od Drake'a, że będe gorszy od innych, a jaki tak naprawdę jestem?
Wstał powoli i spojrzał na tonącego w oddali Bobercika, potem na swoją ręke. "Jeżeli on tutaj przyszedł, to znaczy, że chciał ci pomóc" - pomyślał Saiyan - "Bezinteresownie, osobiście. Czyżbyś znów tracił swoich przyjaciół w taki głupi sposób? Kiedy wreszcie z tego wyrośniesz? Nie ważne, wszystko nie ważne, trzeba go stąd wydostać, nieważne co się stanie ze mną..."
- Słuchaj Bobercik - zawołał Daegurth - Wiem, że mnie słyszysz! Wytrzymaj jeszcze chwilę, wyciągnę cię stąd, a potem spróbuję... Nie uda mi się, ale chociaż spróbuję...
Saiyan wyciągnął ręke w stronę Bobercika, a ten zaczął się rozpływać, powoli się zamazywał, po czym...
- Nie! - zawołał - Nie po to tutaj przychodzę!
Nagle się pojawił w całej swojej okazałości. Zawisł we krwi, w lekkim rozkroku. Rozstawił ręce nieco na bok, pochylił się i zaczął trząść.
- Nie jestem... - powiedział cicho, bardzo cicho, po czym wykrzyczał - już dzieckiem!
Wyprostował się prostując ręce na boki. Nagle fala krwi rozbryzła się wokół niego, a jej miejsce pokryła zielona aura. Bobercik wisiał w powietrzu z zamkniętymi oczyma, jego zielone teraz włosy unosiły się dzięki wiatru wiejącemu ze wszystkich stron. Otwarł oczy, które były krwisto czerwone. Spojrzał ostatni raz na Daegurth'a, po czym skoczył w stronę Drake'a.
Był szybki, niesamowicie szybki. W mgnieniu oka pojawił się przy smoku i kopnął go w głowę. Drake odleciał kilka metrów, jednak szybko zawrócił. Bobercik był wtedy tuż za nim. Chciał go uderzyć od tyłu, kiedy nagle złapał go ogromny ogon jaszczura i zaczął gnieść.
- Tylko na tyle cie stać, gadzinko? - zapytał Bobercik chichocząc
W odpowiedzi na to pytanie Drake zaśmiał się szyderczo, bardzo głośno, bardzo wolno. Spojrzał na trzymanego przy pomocy ogonu Bobercika i uśmiechnął się ukazując bardzo ostre zęby.
- Czy ty myślisz, że ja choć raz uderzyłem cie na serio? - zapytał Drake - Nie uderzyłem cię ani razu porządnie, więc sobie nie licz na to, że nie stać mnie na więcej!
Zacisnął ogon, wtedy Bobercik zakrzyczał ze wszystkich sił. Smok śmiał się szyderczo, gdy zaczął kręcić ogonem i rzucił chłopaka w taflę krwi, która rozbiła się pod naporem jego ciała. Natychmiast jednak wyleciał z krwi w powietrze i dysząc podniósł prawą ręke w której pojawiła się natychmiast zielonkawa kula.
- Big bang attack!(czyt. "Bikku bang atak!") - zawrzeszczał, a kula pomknęła w stronę smoka.
"Już po tobie" - pomyślał Bobercik, gdy zobaczył jak smok się rusza. Monotonnym ruchem naleciał głową na kulę, a ta eksplodowała. Wszystko pokryła mgła, z której po chwili wyleciał Drake.
- Następnym razem użyj czegoś, co chociaż zaboli - powiedział Drake
- Nie... Niemożliwe! - zawrzeszczał Bobercik wytrzeszczając gały
"Jak to, on nawet nie wygląda na zmęczonego!" - pomyślał Bobercik patrząc na latającego smoka.
- Masz szczęście, bo mi się troszkę nudzi - powiedział Drake - Zobaczysz mały pokaz zanim zginiesz...
Nagle zniknął, Bobercik z ledwością ujrzał czerwoną smugę mknącą w prawo, po chwili skręciła w dół, a potem w lewo. Nagle zaczęła się zbliżać, rozpłynęła się zupełnie. Chłopak poczuł uderzenie w plecy, zaczął lecieć do przodu. Kątem oka zobaczył jak Drake pojawia się przed nim i uderza go ogonem. Zaczął mknąć teraz do tyłu, po chwili znów poczuł uderzenie i zaczął spadać w dół...

- Drake... - powiedział cicho Daegurth - Drake... Miałeś być grzeczny... Teraz mnie wkurzyłeś... Naprawdę mnie wkurzyłeś...
Smok przestał uderzać w Bobercika, a ten nareszcie uwolnił się od ciosów, mógł chociaż odpocząć po uderzeniu w podłoże. Wtedy i tak z ledwością się podniósł i zaczął przyglądać się nietypowej rozmowie Saiyana i Smoka.

- Nareszcie chcesz się ze mną zmierzyć - powiedział Drake - Wiesz dobrze, że to ci nic nie da
- Mylisz się jaszczurze, pokonałbym cię jednym okiem - powiedział Daegurth
- Nie będziesz używał Shinganu, póki ten mały tutaj jest - odpowiedział Smok śmiejąc się szyderczo
- Zdecydowanie za długo we mnie śpisz, nie wiesz nawet co się dzieje - powiedział Saiyan beznamiętnie - Dlatego przekonasz się teraz do czego jestem zdolny...
"Faktycznie, nie mogę użyć Shinganu w pełnej jego okazałości, Bobercik by zginął, o ile sam bym nie umarł" - pomyślał - "Lata treningu pozwalają mi jedynie na osiągnięcie niespełna jednej setnej sił Drake'a... Dlatego muszę użyć Shinganu, by pokazać mu kto jest tutaj panem. Tylko tym razem to nie będzie zwykły Shingan, teraz przekona się, że mógł nie spać, gdy Mistrzowie uczyli mnie jak walczyć..."
- Shingan: Sharingan! - zawołał Daegurth, a jego oczy momentalnie się zmieniły.
Źrenice zmieniły kolor na czerwony, na środku znajdowała się czarna kulka wokół której kręciły się trzy mniejsze. Zostawiając niedługi ślad wyglądały niemal jak krople. Na lewym oku były zaś cztery kulki, które krążyły wokół tej jednej ustawionej po środku. Daegurth spojrzał przerośniętej jaszczurce w oczy, a ta momentalnie zawisła w powietrzu.
- Nie ważne co to jest, nie powstrzyma mnie - powiedział Drake
- Dobrze wiem, co się stanie jeżeli z tobą przegram - powiedział Daegurth śmiejąc się - Dlaczego więc mam przegrać? Przecież wydostałbyś się z mojego ciała i dziękujemy wszystkim mieszkańcom Ziemi, jak i całego wszechświata
- Wiesz co, jednak cię lubię - powiedział smok uśmiechając się niezgrabnie - Masz styl, to muszę ci przyznać, ale już niedługo
Ruszył momentalnie z miejsca. Czerwona smuga przemknęła po szkarłatnym niebie jak chmura lub cień - ledwo widocznie, niesłyszalnie. Ale jednak została zobaczona kątem oka. Pośrodku źrenic Daegurth'a ujawił się smok. Ten natychmiast podskoczył wystrzeliwując wokół siebie kilka kul ki. Dwie miały trafić Drake'a, jednak uniknął... I wpadł w trzy kolejne. Zasłonił się skrzydłami i po chwili odbił je wszystkie. Nie był w stanie uniknąć ostatniej kuli, która trafiła go w głowę. Leciała bowiem od dołu, poza polem widzenia smoka w tym momencie. Dostał, jednak nawet się nie ruszył. Po chwili kula wybuchła, a jaszczurka wyleciała z dymu.
Bobercik wygrzebał się z podłogi i zaczął rozglądać się wokół. Zobaczył tego paskudnego smoka i Daegurth'a. Spojrzał na swojego nauczyciela nieco dokładniej i dostrzegł te dziwne oczy...
- Widzę cie dobrze Drake - powiedział nagle Daegurth - Nie ma sensu chować się za mną
Odwrócił głowę i zobaczył za sobą smoka. Ten który wyleciał z dymu był iluzją. Drake patrząc w oczy Daegurth'a miał wrażenie jakby źrenice Saiyana kręciły się w kółko.
- HAHAHAHA! - zaśmiał się smok
- Tu nie ma nic śmiesznego - odpowiedział Daegurth - Zginiesz, jeżeli się nie zmienisz
- Nie pokonasz mnie, dobrze o tym wiesz
- (Kurcze, on ma rację... Ale co mu powiedzieć?) Zobaczymy!

Drake nabrał powietrza, po czym momentalnie wystrzelił tysiące płonących kul, które pokryły niemalże całe niebo. Daegurth skoczył w ich stronę - jedyny pomysł, jaki przyszedł mu do głowy - po czym zaczął ich unikać.
"Mam za mało energii by je odparować przy jej pomocy... Co robić? Mistrzowie, co byście zrobili?" - zastanawiał się Saiyan

- Bobercik, uciekaj stąd - usłyszał telepatycznie chłopak przyglądający się gradowi kul - One mnie zabiją... A wtedy smok się uwolni, dlatego musisz uciec i mnie zabić w prawdziwym świecie!
- Co!?! - zdziwił się Bobercik - Musi być jakieś inne wyjście!
- Jest, cholera jasna! Inne wyjście: nie zabij mnie, a on zabije wszystkich! - wykrzyczał telepatycznie Daegurth, gdy jedna z kul rozbiła mu się na ramieniu.
Natychmiast chwycił ręke i zawył z bólu. To nie były zwykłe kule ognia, nie tylko były gorące, były też pełne energii, która mogłaby znieść nawet pół miasta. Ból był nie do wytrzymania, ręka zaczęła się wypalać. Daegurth zobaczył kolejną kulę, tuż przed sobą, przed twarzą...

[center]***[/center]

"Coś jest nie tak..." - zorientował się Radek. Czuł się dziwnie, przez moment zastanawiał się co go tak niepokoi... Nagle dostrzegł, że brakuje tutaj jego mistrza!
- Hej, wiecie, gdzie jest Rauko!?! - zapytał Radek otwierając szeroko oczy
- Nie ma go z tobą? - zdziwił się Rayman - Przecież... Fakt, został gdzieś w tyle... Hej, on poszedł z tamtym kolesiem, no nie?
- Tylko kto to był - zapytał Radek - I gdzie poszedł...
"To wszystko jakoś mi nie pasuje" - pomyślał - "Cały czas coś się dzieje... W porównaniu do życia jakie jeszcze niedawno prowadziłem jest to takie inne, niesamowite..."
Drzwi domu Hebrida uchyliły się powoli.
- Sory, że się spóźniłem - powiedział Rauko przechodząc przez próg - Ale spotkaliśmy małe trudności
Tuż za nim do środka wszedł nie znany nikomu za dobrze Acer. Głowa Honou natychmiast obróciła się w jego stronę. Stawił kilka kroków w jego strone, po czym zatrzymał się dokładnie przyglądając się mężczyźnie.
- Ah, pozwólcie, że przedstaw... - Rauko mówił podchodząc
- Acer - powiedział mężczyzna patrząc na przyglądających się mu, w większości młodszych, osobników
Do domu nagle wbiegł Kris, wciąż zadyszany zrobił obrót wyciągając miecz gotowy do cięcia. Acer wychwycił ruch ostrza, uczył się tego wiele lat. Uniknął robiąc niewielki krok, po czym kopnął Kris'a w ręke z półobrotu, a ten puścił oręż.
Niesamowita broń wbiła się w podłogę domu Hebrida, która natychmiast zamarzła. Acer już stał przy chłopaku trzymając go za gardło.
- Masz tupet, nie umiesz walczyć, a jednak zaatakowałeś - powiedział cicho Acer
- Zostaw! - powiedział Rauko
Acer opuścił podniesioną ręke, gotową do śmiertelnego ciosu. Adrian widząc wszystko przez uchylone drzwi stał jak wryty.
- To jeden z naszych - wyjaśnił Rauko
Nagle Kris upadł na ziemię i chwycił się za szyję. Acer westchnął, po czym wziął miecz Kris'a do ręki. Wtedy całe ramię szermierza zaczęło trząść się. Ruszył ręką, powoli, spokojnie. Miecz był posłuszny, w końcu to tylko broń, jednak było w niej coś dziwnego, ramię mężczyzny wciąż drżało. Nagle Acer zobaczył jak jego palce zaczynają zamarzać, potem całe ramię.
- Mieć taką broń - powiedział - I nie potrafić jej użyć... To gorzej niż wstyd
Kris wstał oburzony tym komentarzem. Patrzył jak ręka mężczyzny trzymającego Kieł Żywiołów wciąż zamarza, gdy nagle przestała i cały lód zniknął zostawiając niewielką mgiełkę. Acer rzucił miecz do właściciela.
- Trzymaj, nie będe się bawił czymś, co może mnie poparzyć - powiedział - To twoja broń i tylko ty możesz uczyć się nią walczyć.
"Właśnie, teraz jest dobry moment!" - pomyślał Kris łapiąc miecz. Padł na kolana, pochylił głowę.
- Mistrzu, proszę, ucz mnie jak korzystać z miecza - poprosił Kris opuszczając głowę
Tylko Adrian nie był zdziwiony postawą Krisa. On jako jedyny wiedział jak mu na tym zależało. Trenował z nim, wtedy zobaczył jak się stara. Jednak ten miecz był zbyt potężny dla Kris'a, sam Adrian to zobaczył.
- Heh, teraz to naprawde mnie dobiłeś - powiedział Acer - Nie przyjmuje żadnych nowicjuszy. Rauko i nie myśl, że to wchodzi w gre. Powiedziałem, że chce wiedzieć, co tu się dzieje, nic więcej.
Kris nagle się poderwał.
- Co mam więc zrobić, żebyś mnie trenował!?! - zapytał Kris - Napewno jest jakiś sposób!
- Oczywiście, że jest - odparł Acer - Będe cie trenował, jeżeli zabijesz tego chłopaka stojącego za drzwiami, a potem zniszczysz swój miecz
Wszyscy stanęli jak wryci. Dla Kris'a była to ogromna szansa, jednak jakim kosztem? Zabić Adriana? Zniszczyć Kieł Żywiołów? Nawet jakby chciał, to nie wiedział jak.
- Wtedy oddam się tylko i wyłącznie treningowi ciebie - powiedział - Co, już się rozmyśliłeś?
Nagle Kris podbiegł do drzwi i przyłożył Adrianowi miecz do gardła. Przełknął głośno ślinę. "Co się ze mną dzieje!?!" - zdziwił się Kris - "Co ja robię!?!". Jego ręka zaczęła drżeć.
- Adrian... Uciekaj... - powiedział - Nie mogę... Nie panuję... nad sobą!
- K...Kris! - zdziwił się chłopak otwierając szeroko oczy ze zdziwienia - Ty... naprawde?
- Uciekaj! - zawołał Kris ciągnąc ręke nieco w bok
- Co jest? - zapytał Acer - To jednak chcesz, żebym cie trenował, czy nie?
Kris machnął mieczem, potem drugi raz. Część krwi wleciała do mieszkania. Adrian stał wciąż wryty w przejściu.
- Kris! - usłyszał krzyk kogoś ze środka
Było mu teraz wszystko jedno. Co się stało, się nie odstanie.
- Coś ty zrobił!?! - zakrzyczał chyba Bart
Adrian zaczął drżeć, schylił głowę nieco w dół.
- Kris... ty... - zaczął mówić bardzo zdziwionym głosem
Przyjrzał się nogom Krisa. Obie miały rany cięte, ciekła z nich powoli krew. Padł na kolana.
- To nie byłem ja... - powiedział chłopak
Acer kopnął Krisa w żołądek, mocno. Ten wybił się na około metr w powietrze. Złapał wtedy go za szyję i przyparł do ściany.
Rayman rzucił się na Acera, jednak wystarczyło jedno uderzenie, by znalazł się na drugim końcu pokoju.
Mężczyzna wyciągnął sztylet zza pasa, po czym przybił Kris'a do ściany przebijając mu kawałek bluzy. Schylił się, przyjrzał jego ranom. Wyciągnął jakąś butelkę, po czym napił się trochę zawartości, część zostawił w ustach. Wypluł ją na nogi Kris'a, a ten zaczął krzyczeć.

Bobercik będący w pokoju Daegurth'a nagle wydostał się z podświadomości Saiyana i wbiegł do pokoju. Zobaczył jak Acer przy pomocy jakiegoś niewielkiego patyka grzebie w ranie Kris'a, a ten krzyczy w niebogłosy. Podbiegł do niego i wtedy Rauko zastawił mu drogę ręką. Bobercik spojrzał pytająco na chłopaka, po czym zaczął dokładniej się wszystkiemu przyglądać.
Nacisnął uda Kris'a, wtedy z jego ran wyleciała krew o dziwnym, fioletowym zabarwieniu. Acer westchnął, po czym uderzył w uda chłopaka z całych sił. Z jego ciała wyleciało więcej dziwnej krwi, po czym zaczęła cieknąć ta normalna.

Mężczyzna wstał. Wyciągnął sztylet trzymający Kris'a przy ścianie. Ten omdlały opadł. Stracił dużo krwi. Acer strzelił promieniem ki w ostrze sztyletu, aż to nie stało się czerwone. Wtedy przyłożył je do ran ciętych Kris'a, a te zaczęły się zrastać. Chłopak nie miał sił nawet krzyknąć.

- Musi dużo odpoczywać - powiedział Acer - Nie ma mowy o żadnych treningach przez kilka dni, jak nie dłużej.
- Nic mu nie będzie? - zapytał się Bobercik
- Będzie zdrów jak ryba - powiedział Rauko
Nagle Bobercik coś sobie przypomniał.
- Hej, szybko! Coś się dzieje z Daegurth'em! - zawołał

Rauko i Bobercik natychmiast wbiegli do pokoju, reszta znalazła się tam chwilkę później. Leżał, wszystkie jego mięśnie były napięte. Szczerze nikt nawet nie wiedział, że był taki umięśniony. Unosił się w powietrzu leżąc. Jego ubranie i włosy latały we wszystkie strony, choć nie było czuć żadnego wiatru, ani energii. Nawet Honou ze swoim wspaniałym darem nie mógł nic zobaczyć. Nic prócz jego otwartych, w pełni czerwonych oczu.

- Więc się zaczęło - powiedział Rauko obracając się do Bobercika - Jak dawno temu?
- Kilka minut temu - odpowiedział
- Eeeee, wyjaśni mi tu ktoś o co chodzi? - zapytał Dyninio
Bart podszedł do brata chcąc go chwycić za ramię.
- Nie! - zawołał Rauko
Saiyan się cofnął, wtedy Rauko rzucił nożem w stronę Daegurth'a, a ten gdy był tuż przy jego ciele spłonął.
- Tam toczy się walka - powiedział Rauko - Od tego kto wygra wszystko zależy. Jeżeli wygra Daegurth, to wszystko w porządku, stanie się milion razy silniejszy
- A jeżeli przegra? - zapytał Bobercik
- Wtedy będzie nieciekawie... - powiedział Rauko - Bo będe musiał... go zabić...
"Jak to zabić!?!" - zdziwili się wszyscy
- Jaka walka!?! - zapytał Bart - O co wogóle chodzi!?!
- Uffff... - westchnął Rauko - No cóż, będzie to łatwiej wytłumaczyć gdy powiem wprost, bo chyba znacie już Drake'a.
- Yhm - przytaknął Adrian
- Drake chce przejąć kontrolę nad ciałem Daegurth'a - powiedział Rauko - Jeżeli mu się uda, to już nigdy nie będzie taki jak kiedyś. Jego ciałem będzie rządzić smok, tak jak ciałem Kris'a próbowała rządzić bestia w jego mieczu.
"Zorientował się" - zdziwił się Acer - "Widzę, że się co do niego nie myliłem. On naprawde musi być silny".
- Jednak jeżeli Drake przegra, wtedy Daegurth będzie miał nad nim pełną kontrolę - powiedział - Wszystko jasne?
- Ale... - powiedział niepewnie Bobercik - Ten smok jest taki silny... On...
- Czy widziałeś coś o czym nie wiemy? - zapytał Rauko
Bobercik popatrzył po twarzach wszystkich. Był niezbyt pewny, czy im o tym mówić. On sam stracił nadzieję na to, że Daegurth wygra. Był tam, widział zbyt wiele.
- Chwila, przez którą byłem w jego myślach... Wydawało mi się, że byłem tam kilka dni, nawet dłużej - powiedział Bobercik - Nie umiem wyjaśnić tego słowami. Musiałem tam dopracować parę szczegółów. Pokażę wam jak to było, pokaże dokładnie...

W oczach wszystkich pojawił się początkowo czarny obraz. Po chwili jednak zaczęli wszystko widzieć. Czuli strach, słyszeli odgłosy walki. Czuli jak szybko bije im serce.
- Bobercik, uciekaj stąd! - usłyszał każdy z nich telepatycznie
Wtedy zrozumieli, że Bobercik jakimś sposobem pokazuje im to, co przeżył...

[center]***[/center]

Wydawałoby się, że kula lecąca w stronę Daegurth'a ciągnie się w swym locie przez całą wieczność. Saiyan leciał w bezruchu, zbliżając się powoli do swojej śmierci. Nagle zderzył się z pociskiem. Błysk światła pokrył całe niebo.
- Już koniec zabawy? - zapytał Drake - A myślałem, że jesteś silniejszy... Teraz czeka mnie to na co tyle czekałem!
Bobercik zobaczył jak jego, do niedawna, mistrz spada. Przynajmniej to co po nim zostało. Część czaszki była zdarta, skóra była tylko w niewielu miejscach na całym ciele. Nie miał jednego ramienia i pół biodra. Można powiedzieć, że to tylko spadające zwłoki. Nagle, w powietrzu, ten - jak myślał Bobercik - trup zrobił obrót i skierował pozostałą rękę w stronę Drake'a. Wyleciał z niej promień Ki, który przebił prawe skrzydło smoka. Ten zaczął się chwiać z trudem utrzymując się w powietrzu.
To co zostało z Daegurth'a upadło na ziemię. Kościotrup, zombie - oba słowa dokładnie obrazowały to jak ten Saiyan teraz wygląda.
- Jak... Przecież on jest martwy! - powiedział Bobercik
- Nie ma czasu na wyjaśnienia - usłyszał spokojny głos Daegurth'a Bobercik - Zrozumiesz, albo nie. Gdy mnie uderzyła kula szybko zmieniłem rodzaj energii w całym ciele na ujemną. W ten sposób stałem się nieumarłym i zaraz nakopie ci do dupy, jeżeli nie wyjdziesz z mojej podświadomości!
- Ale... Nie mogę cie tak zostawić! - powiedział Bobercik - Musi być coś co mogę zrobić!
Daegurth obrócił głowę w stronę Bobercik'a, spojrzał na niego swoimi dziwnymi oczym'a, swoim chłodnym, martwym wzrokiem. Chłopaka przeszły ciarki.
- Skup się, medytuj, bardzo długo - przekazał telepatycznie Daegurth - Staraj się czytać w myślach, myśleć o swojej dziewczynie, o sporcie, o czymkolwiek! Tylko nie wpie*dalaj się mi do walki! Jeszcze nie... Jesteśmy na podłuchu, smok też słyszy to co do ciebie wysyłam. Dlatego skup się i pomyśl!
"To dlatego nie chce, żebym mu pomagał!" - pomyślał Bobercik - "Bo smok będzie wiedział co chce zrobić... Muszę pomyśleć...". Usiadł skrzyżnie, w pozycji najlepszej do metydowania. Siedział spokojnie wdychając i wydychając powietrze.

Daegurth odskoczył przed kolejnym mierzonym w jego stronę pocisku.
- Zapłacisz mi za to co zrobiłeś z moim skrzydłem! - wykrzyczał Drake w taki sposób, że nawet Bobercika przeszły ciarki
Smok w furii wystrzeliwywał pociski w stronę Saiyan'a, który odskakiwał przed każdym.
"Ku*wa mać! Za szybko tracę ujemną energię... Nigdy nie byłem martwy, nie mam pojęcia, jak ją utrzymać, a moje ciało chce żyć! Jeżeli tak dalej pójdzie, to energia się wyrówna... Będe wtedy zerem i może mi się nie udać zacząć regenerować, gdy będe miał -1 energii... Cholera!" - pomyślał Daegurth robiąc unik to w prawo, to w lewo - "Do tego nie mam już jednej ręki... Muszę skończyć tą walkę, zanim zbilansuje mi się energia, wtedy wrócę do ciała i będe dalej żyć. Teraz czas na kilka ruchów, których się moja jaszczureczka nie spodziewa... Hmmm, a to co?". Saiyan zaczął się rozglądać, po czym spojrzał w stronę Bobercika na moment. Przyjrzał się dokładniej. Teraz był pewien, że może wraz z nim opracować jakiś plan. Włączył nasłuch, słyszał myśli smoka i Daegurth'a. Była to jedna z prostszych technik telepatycznych, łatwo było ją zablokować. Jednak smok był w furii, a Daegurth zbyt zajęty, by zrobić to wcześniej. Teraz dawało mu to większe szanse...
"Zakłucenia" - pomyślał - "Emituj zakłucenia, skup się, wmów sobie, że słyszysz szum, a wtedy zacznij czytać w myślach Drake'a. Jak będziesz czytać w jego myślach wyobraź sobie, że jesteś w bibliotece i czytasz jego myśli jak w książce. Wtedy weź pióro i zacznij pisać zakłucenia, słownie. Tam gdzie pojawiają się nowe słowa. Wtedy zrób to samo ze mną, to tak jak mieć otwarte dwie książki. Tylko u mnie masz nie pisać zakłuceń, nie kreślić. Do mnie pisz to, co chcesz powiedzieć. Najlepiej przepisuj wszystko z księgi smoka".
Bobercik natychmiast zaczął się skupiać. Dopiero teraz poczuł potęge telepatii, której wcześniej nie dostrzegał. Jeszcze nie potrafił zrobić tego, o czym mówił Daegurth, ale zrozumiał ogólnie co ma zrobić. Musi rozmawiać telepatycznie z Daegurthem nie włączając w to smoka, ale jednocześnie czytać jego myśli i przewidywać ruchy. Było to ogromne wyzwanie.

Saiyan wyciągnął prawą ręke. "Rasengan" pomyślał, po czym skupił się na kuli. Coś jednak nie było w porządku. Spostrzegł to dopiero po chwili. Wcześniej nie robił Rasengana z ujemnej energii, nie mógł wiedzieć, że efekt Rasenganu zostanie wzmocniony. Czarna kula pojawiła się na jego ręce, drżała we wszystkie strony. "Muszę pomyśleć... Rasengan, wirujące powietrze, niedopracowana technika..." - ciągnął w myślach Daegurth - "Ale odwrotność rasenganu? Na pewno kula, ale jaką ma właściwość? Wirujące powietrze działa jak piła, trze i zżyna, niszczy w okropny sposób, ale co gdy nada się ujemną energię? Chyba wiem... To będzie ciekawa walka, jeżeli mam rację, ale Ujemny Rasengan zabiera kilkanaście procent ujemnej energii, nie jak w wypadku normalnego tylko kilka. A mi zostało mniej niż trzecia część energii..."

Daegurth wskoczył w sam środek nadlatujących pocisków. Wystawił w ich stronę wirującą kulę. Miał ogromne szczęście. Jego obliczenia stały się słuszne. Rasengan wciągnął do środka kulę ognia, która teraz kręciła się w środku niewielkiej kuli nad dłonią Saiyana. Kolejny pocisk zbliżał się do Daegurth'a, jednak też został wciągnięty do niesamowitej kuli.
"Ups" - pomyślał Saiyan - "Zapomniałem pomyśleć o jednym. Co jeżeli przestanę robić Rasengan'a? Cholera! Zawsze muszę coś zepsuć! Już wiem co się stanie, ale teraz jest za późno. Ujemny rasengan o mocy może -3653 jednostek był w stanie wessać już ponad miliard jednostek. Jeżeli przestanę utrzymywać kulę, to zostanie około miliard na plusie. A zatem... Nastąpi wybuch mogący znieść cały układ słoneczny..."

Bobercik się na moment zadławił widząc jak Daegurth obrazuje sobie w myślach wybuch całego układu słonecznego. Szczególnie zwrócił uwagę na bawiące się na ziemi dzieci, gdy nagle wszystko znikło, zmiatając je z powierzchni ziemi. Jednak niemal natychmiast wrócił do koncentrowania się...

"Hidan-sensei. Używając twoich technik możemy w ten sposób zniszczyć Drake'a, ale zginę wtedy i ja, a kto wie co stanie się z Bobercikiem? Itachi-sensei, gdybym użył Mangekyou... Nie, to zbyt niebezpieczne dla mnie w prawdziwym ciele. Gdybym użył techniki Lidera? Tylko jakiej? Co zrobić... Shingan? Shingan o dodatniej energii? To jest pomysł!" - wpadł na pomysł Saiyan - "Shingan, technika stosująca przeciwną energię do celu. Działa jak magnes, wciąga, zmienia, niszczy, miażdży, minimalizuje do poziomu molekularnego. Rozkłada na cząsteczki i składa na nowo. Gdybym użył tego na ujemnym rasenganie, stałby się normalnym, o niewiarygodnej sile. Tylko czy mógłbym wtedy go zatrzymać? Przecież ta energia jest niesamowita... Cholera, czas myśleć o manewrach z utrzymaniem rasenganu!"

Daegurth odskoczył przed przelatującym smogiem, w którym schował się smok. Z trudnością utrzymywał kształt kuli na ręce. Co minutę trecił około dwóch procent całej swojej energii. Do tego miał tylko jedną ręke, tą która była teraz zajęta.

"P...rawo..." - usłyszał Saiyan jakby sam sobie to powiedział. Obejrzał się w prawą stronę i natychmiast wyskoczył w powietrze. Ledwie udało mu się uniknąć przed słupem ognia, który jeszcze długo leciał przed siebie.
Daegurth całyczas zastanawiał się co zrobić. Nie mógł wymyślić żadnego sposobu, który zniszczyłby smoka, a nie zranił jego i Bobercik'a. Czuł się taki bezsilny...

"Bobercik" - pomyślał - "Uciekaj stąd. Tym razem nie żartuję, nie mam jak z nim wygrać, przynajmniej nie widzę sensownego sposobu. Takiego, dzięki któremu zabiłbym jego, a nie nas".
- Chciałbyś - usłyszał w swojej głowie głos Bobercik'a - Zapierniczaliśmy po ciebie kawał galaktyki, nie uciekniesz nam tak łatwo, tylko dlatego, że chcesz się poddać.

"Honote rautoni chikeo" - myślał Daegurth - "Bobercik karu nosetre toru sani esskhu, toshki moina karu? TAKERONE! Takarau Brobu, karu moi alo kiru soi! Trokethe, sauue? Trzekouua mashore..."
- Co ty robisz? - zapytał telepatycznie Bobercik - TO po innym języku? Nie wygłupiaj się!
"Karkhrakh... Nishu Brobu!" - Pomyślał Saiyan - "Gork koro mashiete... Ta kula wytrzyma tylko jeszcze chwilę... Jeżeli ten kretyn stąd nie pójdzie, to będzie po nim! Bobercik! Natychmiast stąd idź! To jest rozkaz!"
Słowa Daegurth'a przeszły przez głowę Bobercika głębokim echem. Chwycił się za głowę wciąż słysząc "Natychmiast stąd idź!". Poczuł straszny ból w tylniej partii czaszki. Ustąpił dopiero po kilku minutach.
- Co to było!?! - zapytał dysząc
"Cholera, nawet nie mam czasu wysłać porządnego rozkazu..." - pomyślał Daegurth

Saiyan stanął w miejscu. Widział przed sobą kolejne kule. Zamknął oczy, po czym zobrazował sobie wszystko w głowie. Zrobił piruet na jednej nodze unikając przed kulą ognia, jednocześnie łapiąc ją w swojego nietypowego rasengan'a. Otwarł oczy i zobaczył całą serię, około 30 kul ognia. "Nie złapię wszystkich... Bobercik, no zlituj się!" - pomyślał, po czym wystawił ręke z kulą przed siebie.
- Dai rasengan! - wykrzyczał, a wtedy kula powiększyła się do ogromnych rozmiarów łapiąc wszystkie ogniste pociski.
- Kawaii! - powiedział powoli Drake - Zaiste, twoje ciało będzie mi odpowiadać, jesteś naprawde potężny... Dlatego miło będzie je przejąć!

"Cholera, gdybym tylko miał wolną ręke..." - pomyślał Saiyan patrząc na kikut jaki mu został z lewej ręki. Wiedział, że to i tak nic by nie dało. Nie miał szans ze smokiem, z jakim teraz walczył. Nie była to zwykła ognista jaszczurka. Ta była potężna, naprawde potężna. Była istotą iście magiczną, do tego korzystała zawsze z energii Daegurth'a, żeby się wzmocnić.
Saiyan podniósł wzrok i zobaczył jak Drake zaczyna nabierać powietrza w płuca. Przez moment stał się naprawde podobny do balonu. "Kuso!" - pomyślał Daegurth i otworzył usta z których wyleciał promień ki. Z ogromną prędkością zbliżał się do Drake'a. Nagle rozpłynął się przed nim i uderzył w niewidzialną kopułę. "Założył osłonę... Skur*ysyn!" - pomyślał zombie ledwie stojący na ziemi - "Nie dobrze, nie dobrze..."

- AAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! - nagle rozległ się bardzo głośny krzyk słyszany przez wszystkich. Ciągnął się przez kilkanaście minut. Smok się nawet nim nie przejął. Daegurth i Bobercik zorientowali się, że to Kris wydał ten naprawde pełen bólu krzyk.
Bobercik poczuł się dziwnie, przeszły go ciarki i nagle zaczął powoli znikać. Otworzył oczy, spojrzał przed siebie na Daegurth'a i Drake'a. Smok wypuścił zgromadzone w płucach powietrze, które przerodziło się w błękitny ogień mknący w stronę Daegurth'a.
Bobercik wstał wołając "Daegurth!" i nagle poczuł się lekki słysząc w głowie głośny krzyk Kris'a. Nagle wciągnął powietrze wracając do rzeczywistego świata, opuszczając podświadomość leżącej obok istoty.

[center]***[/center]

- Mniej więcej tak to było - powiedział Bobercik, gdy przestał przekazywać wszystkim to co widział
- Było coś więcej? - zapytał Bart
- Zaraz po tym zaczął się unosić w powietrzu - powiedział Bobercik - W każdym razie za moment dowiemy się kto wygrał

Bobercik miał rację. Nie zostało wiele czasu do czekania. Na początku w otwartych oczach Daegurth'a pojawiły się źrenice, potem z jego ust wydobył się krzyk i upadł na łóżko. Oddychał szybko i głęboko. Po chwili jego oddech wyrównał się, oddychał jeszcze przez moment głęboko, ale nie było to już takie chaotyczne jak poprzednio.

"Czy to prawdziwy Daegurth, czy nie?" - cisnęło się na myśl każdemu. Nie było widać nic co by wskazywało na to, czy jest to Drake, czy Daegurth.

Usiadł na łóżku, wszyscy odsunęli się nieco, robiąc mu więcej miejsca.

- To ty? - zapytał Bart
- Wszystko w porządku? - zapytał, nieco lepiej niż jego poprzednik, Adrian. To pytanie wzbudzało mniej podejrzeń
- Nareszcie... - powiedział Saiyan siedząc na łóżku - Nareszcie mi się udało... I jeszcze jedno.
Wstał, zrobił kilka kroków. Stanął na wprost Bobercika.
- Gdy mówię, że masz uciekać - powiedział - To masz uciekać, rozumiesz!?!
Uderzył Bobercika w twarz tak, że tamten upadł na ziemię. Wszyscy natychmiast rzucili się na Daegurth'a łapiąc go za ręce i nogi.
- Puśćcie mnie! - zawołał - Niech wie, że prawie tam umarł, debil! Następnym razem jak mówię, że masz uciekać, to masz uciekać!

Próbował się wyrwać, jednak nic to nie dało. W końcu się uspokoił. Jego włosy nabrały bardziej czerwonego koloru i stały się nieco jaśniejsze. Chwycił się za kark i obrócił głowę. Natychmiast, jak na zawołanie, strzeliły mu kości wydając powodujący ciarki dźwięk. Poczuł jak trzymające go ręce zaczynają go puszczać.
Rozejrzał się wokół.

- Mam kilka pytań - powiedział - Po pierwsze, gdzie jest Kris, Ryurya i Jehkt? Mam nadzieję, że nic im się nie stało?
- Ryurya i Jehkt są u siebie - powiedział Hebrid - Siedzą tam dłuższy czas.
- A Kris nie ma się najlepiej, jednak się wyliże - powiedział Rauko - I znalazł sobie nauczyciela
- Właśnie, kim ty jesteś? - zapytał patrząc na Acer'a - To ty jesteś jego, jak to powiedział Rauko, nauczycielem?
- Nic takiego nie powiedziałem - odpowiedział szczerze
- Bierz ode mnie tą mende, będe miał więcej czasu na... inne sprawy - powiedział Daegurth - Przynajmniej się przydasz.
Acer zachichotał, po czym poważnie spojrzał na Daegurth'a.
- Może i tak zrobie - powiedział - Ale najpierw wyjaśnisz mi o co chodzi.
- Jakbym sam wiedział, to by było łatwiej - powiedział Daegurth - Ale ta historia jest tak zakręcona, że trudno w niej się nie pogubić.
Do pokoju weszła Ryurya, a zaraz po niej Jehkt.

- Zajęłam się tym w salonie, co się stało? - zapytała niebieskowłosa
- Skaleczył się mieczem - powiedział Adrian - A tak konkretnie, to co zrobiłaś?
- Do Pani nie zwraca się po... - Jehkt jak zwykle próbował powiedzieć swoje, jednak Ryurya mu przerwała
- Po imieniu do mnie mówcie, nie przejmujcie się nim - powiedziała - Co z nim zrobiłam? Wyleczyłam przy pomocy magii.
- Dzięki, Ryurya, całe szczęście - powiedział Daegurth - Już miałem do niego biec.
Księżniczka uśmiechnęła się i kiwnęła głową w odpowiedzi. Podeszła bliżej Daegurth'a i przyjrzała mu się dokładniej.
- Vinid... Farbowałeś się? - zapytała - Masz jaśniejsze włosy
- A, nie - wyjaśnił - Jak wygrałem z Drake'm to właśnie mi podjaśniały, nie jestem pewien dlaczego
Zobaczyła jak miecz Daegurth'a leży na podłodze. Podeszła do niego, podniosła go powoli. Przetarła ręką jedno nieco brudne miejsce, po czym podała właścicielowi. Przez moment na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Dopiero po chwili chwycił rękojeść i wsadził miecz do specjalnej pochwy, której zazwyczaj nie używał, po czym położył obok łóżka.

"On ma naprawde dużo energii" - pomyślał Honou patrząc na Daegurth'a. Widział teraz kilka razy więcej energii niż jak w momencie, gdy zaczął korzystać z mocy Drake'a - "Ale skąd on ją ma?"

- Dzięki za ten trening - Powiedział Bobercik będąc już na nogach - Gdyby nie ta sytuacja, to pewnie nie nauczyłbym się wogóle telepatii
- Nie? - zapytał Daegurth jakby był zdziwiony - Żartujesz, prędzej czy później byś opanował ten poziom zaawansowania.

Mark jak dotąd stał z tyłu. Dopiero teraz podszedł bliżej.
- Mam pytanie - powiedział - Co się działo w tym lesie? Nic nie pamiętam, ja...
- Nie pamiętasz? - zapytał Daegurth - Ktoś ci pewnie później opowie. W każdym raziem wiem jedno: nie byłeś sobą.
- Nie byłem sobą? - zapytał Mark
- No, ktoś miał nad tobą kontrole, a ty w tym czasie tak jakby spałeś - wyjaśnił Saiyan
- Kto? - zapytał Mark
- Nie wiem - powiedział Daegurth - I nie denerwujcie mnie już, chce odpocząć... Wcale nie było łatwo wygrać z Drake'm.
Bobercik kiwnął głową rozumiejąc o czym mówi Daegurth. Widział tego smoka i poczuł przez moment jego siłę na własnej skórze. A zapewne prawdziwa walka odbyła się dopiero wtedy, gdy wyszedł z podświadomości Saiyana.

Wszyscy dosyć szybko wyszli, zostal tylko Bart który mieszkał tutaj razem z bratem. Obaj leżeli na swoich łóżkach patrząc w sufit.
- Myślałeś kiedyś o swoim życiu, Bart? - zapytał Daegurth
- Tak, ale o co dokładnie ci chodzi? - zapytał niezrozumiwszy
- Mogłeś wybrać inną ścieżkę, możesz w każdym momencie stać się inny, kiedyś możesz się zmienić - powiedział Saiyan - Myślałeś kiedyś o tym?
- Tak jak teraz o tym wspominasz, to nie - odpowiedział Bart
- A ja conajmniej milion razy. Mogłem być inny, mogłem być bohaterem albo zabójcą, mogłem być sławny i bogaty lub ścigany za przestępstwa - powiedział Daegurth - I czasami żałuję, że się nie zmieniłem...
- Jak to, żałujesz? - zapytał
- Gdybym się zmienił już dawno temu, to nie opuściłbym planety, nie zostawiłbym cie samego z naszym przybranym ojcem - powiedział Daegurth
- Przybranym!?! - Bart wyskoczył z łóżka w zdziwieniu - Jak to przybranym!?!
- Naszym ojcem był mój imiennik, Daegurth - wyjaśniał Saiyan wciąż patrząc w sufit - Naprawde kochał naszą matkę, była piękna i mądra. Nasz przybrany ojciec też ją kochał, nawet nie wiedział, że nie jesteśmy jego dziećmi...
- Widziałeś naszą matkę? - zapytał Bart - Jaka ona była? Kiedy, jak?
- To było dawno temu, jeszcze przed naszymi narodzinami - powiedział Daegurth - Tata był dobrym saiyanem, lepszym od innych. Był sprawiedliwy i honorowy, dumny, miły i pomocny. Tak kiedyś znalazł ostatniego smoka i zaopiekował się nim... Jednak miał zbyt wielu wrogów, co do czego przyszło zginął. Nasza matka wykonała ostatni gest ku miłości do Daegurth'a i ocaliła smoka używając przeklętej techniki, powinienem jej teraz za to podziękować
- Podziękować? - zapytał Bart
- Tak, dzięki niej jestem teraz taki, jaki jestem - powiedział - Cała siła jaką mam, mądrość, wszystko zawdzięczam naszej matce i temu, że uwięziła we mnie Drake'a. Wiem jaki on jest naprawde. Jest lepszy niż inni o nim myślą i uważam, że zasługuje na jednakowe prawo do życia jak ja. Gdyby tylko nie przegrał...
Bart westchnął. Wciąż nie mógł uwierzyć, że wychowywał go podszywany ojciec.
- Wiesz co, chyba masz rację - powiedział Bart - Bylibyśmy całkiem inni gdyby nie nasza mama, tata i smok, który zawsze cię gnębił... Ale skoro mówisz, że wcale nie byłby zły, to pewnie nie był zły.
Daegurth się uśmiechnął, podniósł nieco i zrobił czochrańca Bart'owi.
- Uśmiechnij się! - powiedział - Koniec smutku!
Saiyan wyrwał się bratu i zaczęli się lekko piąstkować. Dawno już tak się nie bawił ze swoim bratem.
"Krok pierwszy - wykonany" - pomyślał Daegurth uśmiechając się - "Bart do mnie się uśmiechnął".
Obrazek

Obrazek
Dołącz do gry! Naruto-Arena.com

Obrazek

http://www.daegurth.blog.onet.pl

Słowo "siła" ma wiele znaczeń.
ODPOWIEDZ